niedziela, 9 lipca 2017

9 ULTRA Maraton Karkonoski

DRUŻYNA SZPIKU
Maraton Karkonoski
9 PZU Maraton Karkonoski (ULTRA i Półmaraton) Zapisy zakończone
Compressport Polska
Compressport
ROYAL BAY Polska
Grivel
Aonijie Polska
ASICS
ZONE3 Polska

DYSTANS: 52 km
CZAS NETTO: 6g:24m:36s
ŚR. TEMPO: 7:23 min/km
MIEJSCE OPEN: 53/435
MIEJSCE M: 49/369
MIEJSCE M30: 16/124

SPRZĘT: Kalenji Running Kalenji Poland Kiprun XT6

https://connect.garmin.com/modern/activity/1828769873
https://www.endomondo.com/users/5153580/workouts/954064825

WYNIKI: http://wyniki.datasport.pl/results2229/

Siemka, minął już ponad tydzień od ostatnich zawodów, tak więc trzeba zrobić krótką relację z wyjazdu do Szklarskiej Poręby.
Wybraliśmy się tam samochodem z Olą, Piotrem i Januszem, podróż trwała kilka godzin, a my nie mogliśmy się już doczekać startu, który miał odbyć się kolejnego dnia rano.

Do Szklarskiej Poręby dotarliśmy około godziny czternastej, Piotra i Janusza zawieźliśmy pod ich dom, gdzie mieli wynajęty pokój, następnie ja i Ola udaliśmy się do swoich kwater w Villa Grace.
Po rozpakowaniu swoich rzeczy i przygotowaniu do biegu udaliśmy się w końcu na obiad do karczmy Stary Winkiel, gdzie zjedliśmy pyszne posiłki.
Z karczmy poszliśmy do biura zawodów po pakiety.

ODBIÓR PAKIETÓW:
Biuro zawodów znajdowało się przy dolnej stacji wyciągu na Szrenicę, troszkę jeszcze musieliśmy poczekać ponieważ przyszliśmy przez czasem.
Kiedy biuro zostało otwarte udaliśmy się do stolików, przy których były określone numery startowe, przy kolejnym stoliku odebraliśmy wcześniej zamówione koszulki pamiątkowe.
W pakiecie znajdowało się:
-numer startowy z chipem
-daszek biegowy
-kubek silikonowy składany
-koszulka PZU
Wszystko zapakowane było w worek.
Kiedy pakiety mieliśmy już w swoich rękach, poszliśmy do kwater szybko się ogarnąć, bo na godzinę dwudziestą startowaliśmy jeszcze w darmowym biegu kolacyjnym na dystansie 2,2 km, i przewyższeniu 84 m, to było takie małe roztruchtanie przed startem głównym.
Po biegu poszliśmy do karczmy Karczma Stary Winkiel, gdzie degustowaliśmy czeskie piwo, a w tym czasie dołączył do nas Jurek.

Pogaduchom nie było końca, ale trzeba przecież odpocząć po podróży i zapaść w upragniony sen,ale najpierw trzeba było przygotować wszystko co było potrzebne do porannego startu.

START:
Pobudka o godzinie 6, pyszna kawa oraz bułki z dżemem smakowały jak nigdy, pogoda za oknem była nie ciekawa, zapowiadało się deszczowo, a takie warunki bardzo nie sprzyjały bieganiu po skałach.
Około godziny siódmej wyjechaliśmy samochodem na start, było chłodno, z nieba leciała lekka mżawka, było szaro, ale gdzieś tam w oddali widzieliśmy słońce, które czasami przebijało się przez chmury, byliśmy dobrej myśli.
Na linii startu spotkaliśmy kilku znajomych, oczywiście nie obyło się bez wspólnych zdjęć.


Dokładnie o godzinie ósmej wystartowaliśmy.

TRASA:
Trasa biegu prowadzi grzbietem Karkonoszy, dystans z którym się zmierzyłem to 52 kilometry ze wzrostem wysokości około 2300 metrów i właśnie to przewyższenie najbardziej mnie martwiło, nie widziałem czy moje mięśnie wytrzymają takie obciążenie.
Pierwsze 6,5 kilometra trasy to podejście nartostradą Puchatek pod schronisko pod Łabskim Szczytem, gdzie wzrost wysokości liczył około 770 metrów, czyli już na samym początku trasa weryfikowała biegaczy, a przecież przed nami było jeszcze około 46 kilometrów biegu z licznymi podejściami.

Od samego początku biegłem z kijkami w rękach, używałem ich za każdym razem, nie czekałem, aż nogi się zmęczą, ale już od samego początku wspierałem się nimi.
Podejście było dość strome, ci najwytrwalsi robili to biegiem, ci mniej doświadczeni nie ryzykowali wypalenia się już na samym początku.
Pierwszy punk odżywczy ominąłem, bo nie używałem swoich zasobów wody i głodny też nie byłem.
Kiedy trasa się wypłaszczyła zaczęło się bieganie, po skałach, kamieniach, minąłem Śnieżne Kotły, czyli zbieganie po drodze usypanej ze skał na szerokość około dwóch metrów, z prawej wznoszące się kamienie, z lewej mocny spad, skały pod nogami ruszały się, z każdym krokiem trzeba było uważać.

Trasa była bardzo kamienna, w niektórych miejscach bałem się biec, żeby tylko wyjść z tego biegu cało, nie patrzyłem na tempo jakim biegnę, patrzyłem jedynie na czas, bo limit czasu dobiegu na Śnieżkę wynosił 3 godziny i 45 minut, po tym czasie zawodnik musiał zejść z trasy.
Kolejne kilometry okazały się dość łatwe, nie było dużych podejść.
W oddali widziałem już szczyt Śnieżki, ale przerażało mnie podejście.

Biegłem po szutrowej nawierzchni, porozmawiałem z innym biegaczem, następnie biegłem po pomostach, w których były dość szerokie szpary między deskami, bałem się, że utknie mi tam stopa i źle się to skończy, ale wszystko przebiegło dobrze i już widziałem Dom Śląski, a kiedy tam dobiegłem odłożyłem kijki i zjadłem banana, uzupełniłem wodę, napiłem się Coli i zjadłem baton energetyczny ENERVIT, a kolejne dwa wziąłem na trasę, straciłem kilkadziesiąt sekund, ale opłaciło się, bo wróciły siły, byłem jak nowy.
Odbiegając od punktu wypadły mi batony, na szczęście któryś z wolontariuszy to zauważył i podniósł je oraz przybiegł do mnie o wręczył mi do rąk za co bardzo dziękuję.
Przyszedł czas na podbicie Śnieżki, a było co robić, bo ja dystansie kilometra przewyższenie wyniosło około 190 metrów, kije były tu naprawdę potrzebne, na szczycie byłem po dokładnie dwóch godzinach i pięćdziesięciu minutach od startu, czyli całkiem nieźle jak na górski debiut ultra.
Podczas podejścia wiał bardzo mocny wiatr, czapkę musiałem trzymać w jednej ręce, żeby jej nie zwiało, turyści byli wyrozumiali i przepuszczali nas bez problemu.
Następne siedem kilometrów to łatwy odcinek, bo prawie cały czas był zbieg.
Wracając ze szczytu Śnieżki znów zahaczyłem o schronisko, a tam schowałem kije, bez których biegłem już do samego końca.
Wypiłem Cole, wziąłem batony i tabletki energetyczne.
30 kilometr to była dla mnie udręka i chyba dla większości uczestników tego wyścigu, wejście na Słonecznik, czyli dwa kilometry ze wzrostem wysokości około 340 metrów, myślałem, że to nigdy się nie skończy, tutaj akurat dostałem smsa od Oli, a zaraz potem zadzwoniłem, żeby porozmawiać, miałem czas, dużo czasu, to były chyba dwa najdłuższe kilometry tego biegu, ale widok na Wielki Staw bezcenny.
Kolejne kilometry to zbieganie z lekkimi podbiegami.

Na 37 kilometrze kolejny dwukilometrowy podbieg ze wzrostem wysokości około 220 metrów
Znów minąłem Śnieżne Kotły, Mokrą Przełęcz i skierowałem się do Schroniska pod Łabskim Szczytem, tam zjadłem banana i suszone brzoskwinie oraz uzupełniłem softflaski izotonikiem.
Ostatnie 9 kilometrów to właściwie zbieganie, ale na około 44 kilometrze zaczął padać deszcz, dość mocno, skały stały się śliskie, dużo czasu straciłem na bezpieczeństwo własnej osoby, ale wiedziałem, że już się nie poddam, wiedziałem, że ukończę ten bieg.

Biegłem przez mokre pomosty co chwilę mijając turystów, którzy dopingowali, aż uśmiech na ustach się pojawiał.
Na około sześć kilometrów przed metą spotkałem biegacza, z którym przez te całe kilometry sobie rozmawialiśmy zabiegając do mety, cieszyliśmy się, że złamiemy sześć i pół godziny.

Kilkadziesiąt metrów przed metą widzieliśmy dużą ilość kibiców, konferansjer po numerze startowym wyczytywał kto biegnie, Ola czekała na mnie na mecie, mieliśmy bramkę, ale czekała na nas krótka nawrotka i mikro podbieg pod metę i tak wspólnie z poznanym na trasie biegaczem przekroczyliśmy wspólnie metę z pełnym uśmiechem na twarzy.

META:
Po przekroczeniu mety otrzymałem piękny medal i gratuluję od Oli oraz wolontariuszy.
Byłem szczęśliwy, bardzo szczęśliwy.

Na mecie dostałem piwo i Cole, które ugasiły pragnienie, a. Ola przyniosła koc, na którym mogłem się położyć i odpocząć chwilę.
Chwilę później kibicowałem już moim znajomym, z którymi później wspólnie oblewaliśmy bieg w karczmie Stary Winkiel.

PODSUMOWUJĄC bieg zorganizowany genialnie i na pewno za rok wracam, ale tym razem będę biegł w następny dzień także półmaraton, żeby zdobyć statuetkę Ducha Gór.

czwartek, 18 maja 2017

GWiNT Ultra Cross 110 km

G W i N T Ultra Cross
GWiNT Ultra Cross
DRUŻYNA SZPIKU

DYSTANS: 112,27 km
CZAS NETTO: 14g:04m:12s
ŚR. TEMPO: 7:30 min/km
MIEJSCE OPEN: 22/91
MIEJSCE M: 20/71
MIEJSCE M30: 7/28
SPRZĘT: Brooks Running Cascadia 6 i Mizuno Running Wave Sayonara 2

https://connect.garmin.com/modern/activity/1732142755

WYNIKI: http://www.ultragwint.pl/Image/files/NormalGWiNT%20mc.pdf

To było moje drugie podejście do startu na dystansie 110 km, stres był przeogromny, ale bez walki nie ma zwycięstwa.
Dzień przed wyjazdem odwiedziłem sklep TRIATHLONISTA.com i kupiłem niezbędne specyfiki, które pomogły mi podczas biegu.
Do Wolsztyna pojechałem z Iras Ireneusz i Michał Szki w piątek po godzinie piętnastej, na miejsce dotarliśmy około godziny siedemnastej i od razu udaliśmy się po odbiór pakietów.


ODBIÓR PAKIETÓW:
Biuro zawodów znajdowało się w Falapark przy ulicy Poznańskiej 1.
W pakiecie startowym otrzymaliśmy:
-numer startowy z chipem
-bluza polarowa z wyszywanym nadrukiem nazwy zawodów
Po odebraniu pakietów postanowiliśmy iść na pizze do pobliskiej knajpki, która nosiła nazwę "Mafia", ja oczywiście zjadłem całą czterdziestkę wegetariańską.

Po napełnieniu żołądków poszliśmy zająć sobie miejsce na sali gimnastycznej w pobliskiej szkole, tam zaczęliśmy się pakować do startu.
W moim wyposażeniu było:
-plecak Grivel 12 l
-opaski kompresyjne na łydki Compressport Polska
-opaski kompresyjne na uda ROYAL BAY Polska (pożyczone od Piotr Myślak)
-buty Brooks Cascadia 6
-buty Mizuno Wave Sayonara 2 (przepak)
-8 żeli HIGH5 Sports Nutrition
-4 żele Honey Stinger
-4 shoty magnezowe ALE - Active Life Energy
-2 batony energetyczne Squeezy Polska
-folia NRC
-latarka czołowa
-2 softflaski Aonijie Polska
-bukłak, a w nim 1,5 L wody z odżywkami
Wszystko to miało swoją wagę, aż lekko się przeraziłem, że będę musiał z tym tak długo biec.
Godzina była późna, a tu trzeba jeszcze się wyspać, ale na sali wypełnionej biegaczami nie jest to łatwe, ja niestety potrzebuje całkowitej ciszy, aby móc zasnąć.

Zegarki obudziły nas około pierwszej w nocy, przed wyjściem do biura zawodów, gdzie czekały na nas autokary, które zawieźć miały nas na start, trwały kolejne przygotowania do tego morderczego dystansu, ja oczywiście, jak zawsze mięśnie nóg smaruje moja mieszanką maści przeciwbólowych i przeciwzapalnych.
Spakowaliśmy nasze rzeczy oprócz materacy i zanieśliśmy do auta.


START:
Do biura zawodów dotarliśmy około godziny 1:30, a tam wysłuchaliśmy informacji przedstartowych, czyli odprawa.

Napiłem się kawy, ale nie rozbudziła mnie niestety, a kilka chwil wcześniej zjadłem jeszcze makaron, który przygotowałem sobie w domu.
Wyszliśmy z biura udając się do autokarów, które zawiozły nas na start, a linia startu znajdowała się w Nowym Tomyślu.

Jadąc tą ciemnią zastanawiałem się po co ja to robię, kurcze przecież będzie bolało, będzie ciężko i na dodatek za to płacę, coś dziwnego siedzi w każdej głowie ultramaratończyka, coś co daje wiarę w siebie, a jednocześnie przytłacza ogromem tego wydarzenia.
Na szczęście miałem gigantyczną pomoc psychologiczna od Ola, która odwaliła kawał dobrej roboty, która kopała w tyłek, żebym znalazł się na linii startu i nie pozwoliła na poddanie się mojej głowy.
Dotarliśmy do nowego Tomyśla, tam zrobiliśmy kilka fotek, mieliśmy zdjęcie grupowe i zaczęło się odliczanie do startu, punkt 3:00 wystartowaliśmy na trasę o długości około 110 kilometrów.


TRASA:
Trasa to nie pętla, a bieg z punktu A do punktu B, biegnąca z Nowego Tomyśla, przez Grodzisk Wielkopolski, a kończąca się w Wolsztynie, trasa o bardzo zróżnicowanym terenie, biegliśmy po piasku (który był chyba najgorszą nawierzchnia), asfalcie, miękkich ścieżkach leśnych, kocich łbach, trawie nasiąkniętej wodą itd
Trasa pofałdowana, aż po mocne podbiegi i strome podejścia.
Pierwsze dwa kilometry po starcie to bieg po asfalcie, wtedy najmocniej doskwierała mi moja kontuzja, bo była jeszcze nie rozbiegana (ból minął po około 20 kilometrach), kulałem lekko na lewą stronę i bałem się, że to będzie powodem mojej decyzji o zejściu z trasy.

Przez te pierwsze kilometry prowadziła nas policyjna eskorta, aż do zakrętu w lewo, gdzie wbiegliśmy już w las, podłoże było mocno piaszczyste, było ciemno, tak ciemno, że jeżeli wszyscy wyłączyliby czołówki to zapadła by ciemność, oplatająca nas czerń, jakby ktoś zalał nam oczy smołą.
Mijałem powoli kolejnych zawodników i kolejnych, mimo bólu, aż w końcu dołączyłem do małej grupki biegaczy, a ich tempo odpowiadało mojemu.
Nierówny teren powodował obciążenia stawu skokowego, z każdym krokiem trzeba było uważać, gdzie stawia się kolejny krok.
Tętno miałem dość wysokie, to pewnie z powodu bólu i bardzo wysokiej koncentracji z uwagi na ciemność.
Mijaliśmy pola, lasy, a w oddali było widać kolejne oznaczenia trasy, które świeciły w ciemności, odblaski na taśmach dawały radę.
Po kilku kilometrach odłączyłem się od grupy i pobiegłem już sam, niestety zwolnili tempo biegu, a to mi nie pasowało, w oddali widziałem kolejną grupę biegaczy, byli około siedemset metrów przede mną, więc zacząłem lekki pościg, aby dogonić ich przed pierwszym punktem odżywczym, po kilkunastu minutach byłem już za nimi, a chwilę później już przed.
Kolejna grupa była także kilkaset metrów przede mną, ale nie goniłem ich, bo za chwilę był punkt odżywczy w Wąsowie, był to szesnasty kilometr biegu.
Na punkcie szybko zjadłem banana oraz napiłem się Coli, sędziowie spisali numer startowy, a ja pobiegłem dalej, wybiegłem szybciej od grupy, którą goniłem, więc zyskałem kilka pozycji, byłem teraz bodajże na drugim miejscu.
Widziałem, że za mną wystartował również kolega z Night Runners, zaczekałem chwilę na niego i biegliśmy przez kolejne kilometry razem.
Powoli następował wschód słońca, wtedy biegliśmy przy autostradzie, kiedy mijały nas TIRY, to kierowcy używali klaksonu, pewnie nie wiedzieli, że odbywają się jakieś zawody, tylko, że jacyś idioci, biegają po lasach i polach przed piąta rano przy Autostradzie Wolności.
Chwilę później byliśmy znów w lesie, było coraz widniej, biegło się bardziej komfortowo, lecz moje nogi zaczęły puchnąć, zacząłem odczuwać ból, duży ból mięśni, nie wiedziałem co się dzieje, coś było nie tak, zacząłem to ignorować, ale nogi były coraz cięższe, byłem zdziwiony tym faktem, bo przecież za mną dopiero 20 kilometrów, no ale nic, biec trzeba było.
Na 28 kilometrze mijaliśmy Dąbrowę, wszyscy chyba jeszcze spali, a ja wtedy zażyłem pierwszy żel, popiłem izotonikiem i pobiegłem dalej, organizm przyjął go z lekkością, ale nie odczułem napływu mocy.
Od 30 kilometra zaczęły się podbiegi i podejścia, krótkie, ale strome, tak jak przewidywałem, byłem na to przygotowany, ale nie na to, że te podbiegi będą tak piaszczyste, że noga zapadała się po kostki, a do butów wsypywał się piasek.
32 kilometr, kolejny punkt odżywczy, tutaj napełniłem na nowo swoje softflaski izotonikiem z baniaków, napiłem się Coli i przyjąłem pierwszy magnez.
W tym czasie odczytywałem smsy od Oli, tak bardzo motywowały do dalszej rywalizacji , a przechodziłem wtedy mały kryzys, wola walki zmalała, ale słowa odczytane ze smartphona od razu rozjaśniły umysł i wybiegłem z punktu odliczając kolejne kilometry do kolejnego punktu.
Trzy kilometry po wyjściu z punktu zacząłem odczuwać niepokojące sygnały z żołądka, zaczęło dziać się coś dziwnego, na kolejnym kilometrze musiałem zwolnić tempo, zwolnić tak mocno, że, aż stanąłem w miejscu i zwymiotowałem, byłem przerażony, nie wiedziałem co się dzieje, dostałem bardzo ciężkich oczu, jakbym miał zaraz zasnąć, ale zacząłem sobie wmawiać, że to co było przed chwilą nie miało miejsca, napiłem się izotoniku i biegłem dalej.
Na 39 kilometrze kolejny postój, tym razem żołądek wysłał wiadomość w inne miejsce, musiałem lecieć w głąb lasu, widziałem jak zawodnicy, których wcześniej mijałem, zaczęli przemieszczać się do przodu, a ja tylko traciłem pozycję.
Biegłem, człapałem z bólu żołądka, chciałem się poddać, ale te decyzję zostawiłem sobie na przepak, no chyba, że będzie tak źle, że będę musiał skończyć wcześniej.
46 kilometr, a ja znów ląduje w lesie, wymioty, rozwolnienie.
Na około 48 kilometrze zadzwoniła do mnie Ola, powiedziałem, że jest źle, nie mówiłem jak bardzo, a było okrutnie, tak ciężkiego biegu jeszcze w życiu nie miałem, a do mety było jeszcze tyle kilometrów.

Ola zaczęła mi mówić takie rzeczy, że zaraz się obudziłem, jakoś zapomniałem o bólu na chwilę, a na twarzy pojawił się uśmiech, pobiegłem dalej, a na wykresie tempa widać jak mi to pomogło, bo od razu tempo po tych mocniejszych podbiegach wzrosło i tak już bez zatrzymywania dobiegłem do 55 kilometra, gdzie mieścił się przepak, czyli w Grodzisku Wielkopolskim, w Zdroju.

Wbiegając na przepak, od razu poinformowałem jednego z organizatorów, że mam gigantyczne problemy z żołądkiem, po czym pobiegł do kuchni i przyniósł mi miętową herbatę i rosół, powiedział, że to mi może pomóc.
Ja w tym czasie zacząłem się przebierać w czystą odzież i obuwie, umyłem twarz i zjadłem dodatkowo batona energetycznego Squeezy, uzupełniłem softflaski izotonikiem i zjadłem banana oraz pomarańcze.

Odczytałem wiadomości z Facebooka i komentarze, dziękuję wszystkim za to wsparcie.
Na przepaku spędziłem około 25 minut.
Odświeżony pobiegłem dalej, energia wróciła, żołądek wydawał się być ok, biegłem już w tempie mocno obniżonym, nie chciałem nawet przyspieszać, choć nieświadomie biegłem coraz szybciej, ale w pewnym momencie znów odezwały się problemy, takie, że od razu wylądowałem w lesie i wymiotowałem, było to chyba na 66 kilometrze, dwa kilometry dalej znów las, było ciężko, chciałem wyciągnąć z plecaka folię NRC, położyć się gdzieś obok, zadzwonić i czekać na przyjazd ratowników, którzy odwiozą na linię mety, ale zacząłem czytać sobie w marszu smsy od Oli: "Podziwiam Cie! Zawsze to co dla nas najważniejsze jest trudne do zdobycia. I wiele nas kosztuje osiągniecie tego. Ale jesteś silny. Jesteś wojownikiem! Wygrasz to!!", więc walczyłem dalej i choć podbiegów było coraz więcej to takimi wiadomościami jak ta wyżej, wygrywałem z nimi, przy każdym kryzysie powtarzałem sobie słowa, które Ola wysyłała mi w wiadomościach, to dawało siłę i choć już biegłem systemem 800/200, czyli 800 metrów biegu i 200 marszu to pokonywałem kolejne kilometry.
Kolejny punkt odżywczy był w Gninie na 64 kilometrze, tam przywitała mnie dziewczyna grająca na trąbce chyba, wraz z innymi wolontariuszami, a właśnie na tym punkcie oni dawali z siebie wszystko, za co bardzo dziękuję, ja sobie siedziałem na fotelu, a wolontariusze odwalili za mnie cała robotę, uzupełnili softflaski izotonikiem i przede wszystkim rozmawiali ze mną, a powiem, że taka rozmowa bardzo dobrze działa na głowę, zjadłem banana i żel Honey Stinger i ruszyłem w trasę dalej kierując się do Rakoniewic, które były oddalone o 13 kilometrów.
Wbiegłem w las, widziałem przede mną kilku zawodników, na szczęście trasę miałem wgrana w Garmina, a on poinformował mnie, że zszedłem z trasy, rzeczywiście, nie prowadziła ona tam, gdzie biegnie ta dwójka przede mną, zagwizdałem do nich i zacząłem krzyczeć, że źle biegną, na szczęście usłyszeli mnie i zwrócili na odpowiednią trasę, było to dokładnie na 70 kilometrze.

Po 73 kilometrze troszkę przyspieszyłem, ale żołądek nie pozwolił na taki bieg, od razu pojawiły się wymioty, przede mną widziałem jak biegnie Vegenerat Biegowy z kompanem, tuż przed Rakoniewicami wyprzedziłem ich, byli w niezłej formie, a biegli przecież na 100 mil (160 km), to dopiero jest sponiewieranie organizmu.
Z lasu wybiegłem na chodnik, po lewej stronie miałem Biedronkę, aż chciało się do niej wejść i kupić piwo lub inny wspomagacz, ale zasada fair play na to mi nie pozwoliła, w końcu w regulaminie jest napisane, że wspomagać można się jedynie na punktach odżywczych. Pobiegłem dalej kierując się oznaczeniami, ludzie patrzyli ze zdziwieniem.
Dotarłem do Rakoniewic, mój 77 kilometr biegu, tutaj uzupełniłem płyny, znów napiłem się Coli i zażyłem shota z magnezu.
Czas jak spędziłem w Rakoniewicach to około 12 minut, tutaj znów zjadłem banana i o ile dobrze pamiętam to żółty ser. Usiadłem na ławkę, wyciągnąłem telefon i znów odczytywałem wiadomości od Oli, które podnosiły na duchu, a jeszcze bardziej to, że czeka na mecie, tak, to, że tam jest dawało mi wiarę w siebie, oraz to, że muszę dotrwać do końca choćby nie wiem co, bo ona tam czeka, specjalnie przyjechała, żeby mnie wspierać.
Ruszyłem dalej na 80 kilometrze znów las, podbiegi, teren bardzo mocno pofałdowany, raz z górki, raz pod górkę, ale każdy podbieg robiłem marszem, kolejny postój zaliczony na 87 kilometrze, gdzie znów pogoniło mnie do lasu, cała żywność przeze mnie przelatywała, byłem pusty, głodny i coraz bardziej odwodniony, było bardzo źle, człapałem do mety, to już był właściwie marsz a nie bieg, nie było opcji na dłuższy odcinek biegu niż 500 metrów, płakałem z bólu i wyczerpania, tak niewiele zostało, a ja zaczynałem się poddawać, znów telefon został wyciągnięty z plecaka, czytałem sobie wiadomości, łzy leciały z oczu.
Chwilę później ogarnąłem głowę, zacząłem bić się po udach, kurcze nogi miałem w doskonałej formie, nie odczuwałem już żadnego bólu, tylko ten żołądek i ta głowa.
83 kilometr, wybiegłem na asfalt, nagle jakiś biegacz (100 mil) biegnie w przeciwną stronę, pytam się mu dlaczego, a on na to, że tak prowadzi trasa, ja odpowiadam, że nie, w drugą stronę ma biec, pokazałem mu mapę w zegarku i pobiegł ze mną, potem podziękował.
Dziwna sytuacja tam była, bo najprawdopodobniej była źle oznaczona trasa, sam na własne oczy widziałem jak ktoś z organizacji przekładał taśmy na dobrą trasę, która była według mapy, ten biegacz mógł biec dobrze po wyznaczonej trasie, lecz nie po trasie jaką dostaliśmy od organizatora.
Robiło się coraz gorącej, na 87 kilometrze duże, rozległe pola, słońce grzeje jak palnik, nie biegłem wtedy, wtedy nagrywałem wideo i czytałem wiadomości sms od Oli, które dawały nadzieję.

Chwilę później, kiedy znów znalazłem się w lesie kolejny raz musiałem lecieć w głąb, byłem już tak pusty i odwodniony, że zaczęło mi się kręcić w głowie, oczy się zamykały, a umysł płatał figle, miałem chwilowe przewidzenia, niby coś widziałem w lesie, a jednak tego nie było, co jakiś czas starałem się popijać woda z minerałami i witaminami, która miałem w bukłaku, ale chyba wszystko wylatywało drugą stroną.
Na ścieżce mnóstwo mrówek, przy ścieżkach mnóstwo mrowisk, które aż szeleszczaly jak obok nich się przechodziło, mnóstwo węży na drodze, takich ilości mrówek oraz węży ja w życiu nie widziałem.
Powoli zbliżałem się do ostatniego już punktu odżywczego na trasie, a mieścił się on w Głodnie na 96 kilometrze trasy, tutaj wolontariusze także dali popis, wszystko zrobili za mnie, świetnie zorganizowani, po prostu tacy wolontariusze to skarb.
Kolejny banan, kolejny kubek Coli i napełnianie przez wolontariuszy softflaskow, do mety zostało 17 kilometrów, 17 kilometrów na 660 ml płynu, tutaj liczyło się dobre zarządzanie płynami, dlatego wzrosło moje tempo biegu, chciałem to jak najszybciej skończyć, chociaż podbiegi były lżejsze to i tak pod nie podchodziłem, ale pokonywałem szybciej odcinki płaskie
Setka za mną, zostało około 11 kilometrów, czas jaki uzyskam na mecie to około 14 godzin, tak wyliczył mi Garmin, przez co wiedziałem co napisać Oli, że będę około godziny siedemnastej na mecie.
Kilometry mijały, mijały coraz wolniej, dłużyło się to wszystko bardzo.
Na 107 kilometrze w Nowym Młynie, pomyliliśmy trasy, ale Garmin był czujny, wróciłem się z innymi zawodnikami i ruszyliśmy w głąb lasu, wąskimi ścieżkami, po błocie.
109 kilometr i już widziałem jezioro Wolsztyńskie, lecz te ostatnie dwa kilometry biegło się jak dziesięć, nie było końca, ale na szczęście wkroczyłem na teren parku tuż przed metą, wypiłem ostatnie dwa łyki izotoniku, które mi zostały i ruszyłem w kierunku odgłosów zza linii mety.
Na ostatniej prostej dużo kibiców, łzy napłynęły mi do oczu, na szczęście miałem okulary, dostałem mocy w nogach, byłem szczęśliwy, tak lekko mi się biegło, meta.


META:
Po przebiegnięciu przez linie mety, ludzie klaskali, uśmiechali się, znajomy od razu dał mi piwo, które wypiłem do połowy duszkiem, a największym szczęściem była Ola, czekała tam na mnie, niestety nie wiedziałem jak podziękować za to wszystko, byłem jeszcze w innym świecie, nieprzytomny, ale szczęśliwy.
Otrzymałem wspaniały medal, który dedykuję oczywiście Oli, za wsparcie jakiego mi udzieliła, niesamowite jest to, że słowa potrafią czynić cuda, gdyby nie Ola, to zszedł bym z trasy na przepaku.
Był także poczęstunek, z którego nie skorzystałem, niestety nie byłem w stanie nic zjeść po biegu, nie jadłem jeszcze przez bardzo długi czas i do dziś mam spore problemy z żołądkiem.


PODSUMOWUJĄC:
Bieg zorganizowany na bardzo wysokim poziomie, wszystko zapięte na ostatni guzik, trasa oznaczona znakomicie, a to, że ktoś gdzieś się zgubił to tylko wina zawodnika.
Najbardziej zastanawiające jest to, że bardzo, bardzo duża liczba zawodników miała problemy żołądkowe, nie mogę tutaj obwiniać organizacji za efekty jaki mi się przytrafiły.
Moja propozycja, aby następnym razem izotoniki i woda były w oryginalnych opakowaniach i żeby izotonik nie był rozpuszczalny w wodzie, a gotowy do spożycia typu butelka 4move lub innej firmy.

środa, 26 kwietnia 2017

WIELKA PREHYBA 2017

WIELKA PREHYBA 2017


Biegi w Szczawnicy
Biegi w Szczawnicy 2017
DRUŻYNA SZPIKU

https://connect.garmin.com/modern/activity/1692090160
https://www.endomondo.com/users/5153580/workouts/909891737

WYNIKI: http://biegiwszczawnicy.pl/…/…/04/BWS2017_WIELKA-PREHYBA.pdf

DYSTANS: 44,1 km
CZAS NETTO: 6g:29m:10s
ŚR. TEMPO: 8:49 min/km
MIEJSCE OPEN: 240/544
MIEJSCE M: 217/412
MIEJSCE M30: 107/178
SPRZĘT: Brooks Running Cascadia 6
Przygotowania do biegu trwały od jakiś 2 miesięcy, treningowo zrobiłem maraton w Dębnie, potem przyszedł czas na półmaraton, gdzie plan był na rekord życiowy (który z resztą pobiłem), potem już bieganie w terenie, biegi objętościowe, katowałem nogi jak tylko się dało, na bieżnie wskakiwałem, żeby zrobić podbiegi, ostatnie treningi to 32 i 40 km, potem prawie tydzień odpoczynku z wyjątkiem jednego treningu na 10 kilometrów.
Szczerze to bałem się bardzo przewyższeń jakie czekają na trasie Wielkiej Prehyby, a wynoszą one około 2000 metrów na ponad 43 kilometry.
Przyszedł czas na wyjazd i od razu czułem po sobie, że stres przed startem zaczyna działać, zaczęły boleć mnie mięśnie, kolana, plecy, a samopoczucie było jakbym dostał grypy.
Do Szczawnicy udałem się pociągiem PKP Intercity. Pociąg do podróży oraz komunikacją autobusowa, podróż w jedną stronę to wycięte z życia około 10 godzin, 10 godzin siedzenia na tyłku w niewygodnych miejscach, poza tym, kiedy dłużej siedzę, to jakieś dziwne rzeczy odczuwam w brzuchu, jakieś skręcanie flaków itd.
W końcu po tych kilku godzinach dotarłem na miejsce, odszukałem dom, w którym będę miał nocleg, a było to przy ulicy Zielonej 3, na wzgórzu mieścił się domek, a ja miałem tam swój pokój, na ostatnim piętrze, gdzie widok na góry miałem rewelacyjny.

ODBIÓR PAKIETÓW:
Po ogarnięciu się w pokoju wyruszyłem po odbiór pakietu, biuro zawodów zlokalizowane było w Dworku Gościnnym (ul. Park Górny 7), szkoda tylko, że w miasteczku nie było żadnych oznaczeń (przynajmniej ja nie zauważyłem) , które mogłyby doprowadzić bezpośrednio do biura zawodnika, który nie używa GPS (widziałem kilku zawodników kluczących i szukających drogi).
W końcu znalazłem biuro, dworek prezentował się znakomicie, z pewnej odległości już było widać klimat, że wkrótce odbędzie się jakieś wydarzenie, powiewały flagi BUFF, a na ulicach, na latarniach powieszone zostały plakaty informujące o biegach w Szczawnicy.
Wchodząc do budynku na starcie była ścianka i dwie owce (szkoda, że sztuczne), ścianka, na której można było zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie.

Poruszając się bardziej w głąb podszedłem do stolika, wypełniłem formularz i odebrałem swój numer startowy, następnie ustawiłem się w kolejce, aby odebrać chip i resztę pakietu, czyli informator, mapę trasy oraz worek na depozyt, wszystko to było zapakowane w materiałowa siatkę Garmin.

Chwilkę pokręciłem się jeszcze po mini expo, ale nic nie zakupiłem i udałem się z powrotem do domu.
Po drodze wstąpiłem do sklepu spożywczego oraz apteki, aby zaopatrzyć się w niezbędne specyfiki i posiłki.
Po drodze spotkałem znajomą, z którą zamieniłem kilka zdań i umówiłem się na późniejszą godzinę.
Po powrocie do pokoju zacząłem przygotowywać ekwipunek jaki zabiorę na trasę Wielkiej Prehyby, było tego trochę, a waga plecaka Grivel zwiększała się z minuty na minutę.
Spakowany plecak ważył chyba z 3 kilogramy, a w nim:
-1,5 litra wody w bukłaku
-330 ml izotonika w softflasku Aonijie Polska
-kije do biegania Pioneer Crabon
-3 tabletki Dextro Energy
-4 żele Honey Stinger Polska
-kamera sportowa z kijem
-mp3
-mapa trasy
-telefon
Odzież w jakiej biegłem to:
-rashguard Kalenji Running
-kurtka przeciwdeszczowa Kalenji Poland
-leginsy Kalenji Poland
-czapka zimowa Crivit
-okulary przeciwsłoneczne
-buty Brooks Running Cascadia 6
-opaski Compressport Polska
-rękawiczki
-buff
-stuptuty, które zdjąłem przed samym startem i oddałem do depozytu, bo szlak był już przetarty przez GOPR.
-pas na numer ZONE3 Polska

Jak się później okazało, nie użyłem ani razu kamery i mp3, a buffa zająłem po pierwszym kilometrze na pierwszym podbiegu, okulary też wziąłem niepotrzebnie, bo po szybszych odcinkach, kiedy był podbieg lub podejście zaczęły mocno parować, więc przez 99% biegu miałem założone je na czoło.
O godzinie 19 we wcześniej wspomnianym dworku odbyło się spotkanie z elitą biegu, nazwiska robiły naprawdę duże wrażenie, w końcu na najdłuższej trasie, czyli Niepokornym Mnichu odbywały się mistrzostwa Polski w ultradystansowym biegu górskim.

Pośród elity biegów w Szczawnicy można było usłyszeć takie nazwiska jak:
- Marcin Świerc FanPage
- Bartosz Gorczyca FanPage
- Kamil Leśniak - fanpage
- Ewa Majer - Solgar Polska
- Ewelina Matuła- Biegi Górskie
- Natalia Tomasiak - Górski Styl
- Anna Kącka
- Wojciech Probst
- Magdalena Łączak i Paweł Dybek - Salomon Suunto Team
- Edyta Lewandowska E.L.ite Runners
- Robert Faron
- Krzysztof Dołęgowski
- Piotr Książkiewicz
- Martyna Kantor
i inni.
Po spotkaniu zaczęło się wyświetlanie filmów o tematyce związanej z biegami ultra.
Kilkadziesiąt minut później już byłem w drodze do domu, aby jak najszybciej zasnąć, żeby być wypoczętym, kiedy stanę na linii startu.

START:
Pobudka, godzina 6:30, na śniadanie 2 bułki z dżemem i 2 banany oraz mocna kawa, która od razu pobudziła żołądek do działania.
Po śniadaniu czas na suplementy, czyli BCAA i kreatyna, magnez, stoperan i mój Letrox (tak, jestem chory na niedoczynność tarczycy).
Do depozytu zapakowałem butelkę wody, cole, świeży rashguard Nike, mini ręcznik i banany.
Z domu wyszedłem około godziny 8:15, bo do startu miałem naprawdę bardzo blisko.
15 minut później zameldowałem się przy Karczma u Polowacy, oddałem depozyt i wypiłem ciepła herbatę, w oczekiwaniu na start zauważyłem znajomą i po chwili już sobie rozmawialiśmy, byli też ludzie z Drużyny Szpiku, których tam poznałem.

Rozłożyłem kije, jeszcze chwilką i lecimy.
Zaczęło się odliczanie, odliczanie do mojego debiutu w górach, nie czułem stresu, wręcz przeciwnie, cieszyłem się jak dziecko, że mogę uczestniczyć w tym biegu, wiedziałem, że nie będzie łatwo, ale to nie znaczy, że trzeba rezygnować z takich wydarzeń.
Wybiła godzina dziewiąta, czas troszkę poprzebierać girkami, wystartowaliśmy.

TRASA:
Trasa to pętla o długości ponad 43 kilometrów z wzrostem wysokości około 2000 metrów, trasa urozmaicona jeżeli chodzi o podłoże, był śnieg, asfalt, błoto, trawa, kamienie, chyba wszystkie rodzaje podłoża jakie można sobie wyobrazić, ale już wracając do trasy...
Pierwszy kilometr biegliśmy nad Grajcarkiem, dość płaski odcinek, tutaj wszyscy jeszcze byli uśmiechnięci, rozmawiali, żartowali sobie.
Od drugiego kilometra zaczął się podbieg, niektórzy zawodnicy biegli pod te górkę, ale ja przypominając sobie słowa Marcina Świerca, który powiedział, żebyśmy na początku nie stracili zbyt dużo sił, bo zabraknie mocy na końcówkę biegu, wziąłem sobie te słowa do serca i podchodziłem pod te stromiznę asekurując się kijkami.

W tym czasie musiałem zdjąć buffa, bo czułem, że się już przegrzewam, chwilowo pomyślałem, że za grubo się ubrałem, ale potem okazało się, że było idealnie.
Im wyżej się wspinaliśmy, tym powietrze było coraz cięższe i wilgoć osiadała na kurtce.
Czasami z nieba coś kapało, ale nie było to bardzo uciążliwe.
Na czwartym kilometrze, na wysokości około 800 m n.p.m. czyli około 350 metrów wyżej od startu teren się wypłaszczył na około kilometr, potem znów pod górkę, było coraz więcej śniegu.

W połowie siódmego kilometra byliśmy już na wysokości około 1000 m n.p.m. a zaraz potem czekał nas zbieg.
Kiedy miałem czas na nagrywanie lub zdjęcia robiłem to, robiłem tylko wtedy kiedy było jakieś podejście, wtedy bez problemu poradziłem sobie z obsługą telefonu.
Podziwiałem widoki, na razie widoki coraz bardziej mlecznego, białego lasu, w którym ścieżki jakimi biegliśmy miały szerokość około 50 centymetrów, ciężko było wyprzedzać, ale jakoś na zbiegach właśnie mi się to udawało.
Przed dziesiątym kilometrem czekała na nas dość spora górka, bo na 1500 metrów jej wzniosłość wynosiła około 300 metrów, troszkę się namęczyłem z tym podejściem, ale jakoś poszło.

W pewnym momencie zachwiało moją równowaga i nastąpiłem na leżąca po prawej stronie usypana hałdę śniegu, nie wiedziałem, ze pod nią jest przepaść i zsunąłem się w dół góry, zjeżdżałem, ale na szczęście mój jeszcze świeży rozsądek kazał wbić mi kije w podłoże, zatrzymałem się jakieś 3 metry od ścieżki, wdrapałem się z powrotem i znowu byłem na szlaku.
Śnieg padał coraz mocniej, zacinał lekko w twarz, ale taki klimat mi się bardzo podobał, byłem zachwycony.
Przed czternastym kilometrem czekał na nas pierwszy punkt żywieniowy, mieścił się on na Schronisko na Przehybie, na punkcie mogliśmy częstować się bananami, pomarańczami, czekoladą, suszonymi owocami, krakersami i płynami.
Panowała tam świetna atmosfera, wszyscy uśmiechnięci, jeszcze nie było widać oznak zmęczenia.
Po kilku minutach ruszyłem dalej w trasę, bo zacząłem już odczuwać zimno, niestety organizm bardzo szybko wyziębia się podczas postoju.
Kierowaliśmy się na najwyższy punkt tego biegu, czyli na Radziejowa, która była położona na wysokości ponad 1268 m n.p.m.

Było coraz chłodniej, ale to normalne w górach, na dole ciepło, na górze zimno.
Przed dziewiętnastym kilometrem była Radziejowa, tutaj spotkałem Waldka, znajomego, przywitaliśmy i w dalszą część trasy ruszyliśmy razem rozmawiając ze sobą jeżeli była taka możliwość.
Waldek nauczył mnie jak zbiegać jak pro zawodnik, mówił tylko puszczaj się swobodnie, długie kroki i lecimy, no to tak zrobiłem, ale ta prędkość mnie przerażała, jeden zły ruch i po mnie, na szczęście byłem bardzo skupiony na tym gdzie kładę stopę i nic się nie przytrafiło, a teraz patrząc na wykres tempa widzę, że średnie tempo z Waldkiem na zbiegach wynosiło około 3:30 min/km.
Podczas zbiegania wyprzedzaliśmy zawodników, przy naszym tempie zbiegania, oni wyglądali jakby stali w miejscu.
Przed 24 kilometrem czekał na nas kolejny punkt odżywczy, tym razem mieścił się przy Bacówka na Obidzy, a tam oprócz takiego zestawu jedzenia jaki mieliśmy na poprzednim punkcie była zupa, kanapki, pieczone ziemniaki, ale ja tylko zjadłem pół banana, napełniłem bidony i ruszyłem dalej w tę już błotnistą trasę.

Błota już była gigantyczna ilość, stopy zapadały się po same kostki, a w pewnym momencie zgubił bym but.
Kijki bardzo dobrze asekurowały od wywrotki, bo ciężko było ustabilizować bieg, a nawet chód.
Do 29 kilometra trasa była dość płaska, ale rozwinąć jakąś prędkość było ciężko z powodu tego błota, śniegu było coraz mniej, a strumyczki wody z topniejącego śniegu chlapały pod butami.
Na 29 kilometrze było kolejne podejście, na 700 metrów, podejście miało 150 metrów, więc było co robić, ręce już odczuwały i to bardzo mocno zapieranie się na kijach, łokcie mega uciskały, ale trzeba było przetrwać do końca.
A i warto wspomnieć, że od punktu biegliśmy już na granicy Słowackiej, minęliśmy Wierchliczke, Smerekowa i Wysoką to właśnie tu było wspomniane wcześniej podejście.
Wybił 34 kilometr, zbieg po błotnistej trawie, ciężko się zatrzymać, ale jakoś wyhamowałem przed kolejnym punktem odżywczym, Schronisko Pod Durbaszką, tam zjadłem kolejną połówkę banana, napiłem się coli, uzupełniłem softflask izotonikiem i ruszyłem dalej.

Przed chwilą zbiegałem, to teraz trzeba z powrotem podejść po tę górkę.
Tutaj trasa się wypłaszcza i jest coraz więcej zbiegania, niestety na 36 kilometrze przez moją nieuwagę poślizgnąłem się na błocie i zjechałem na nim lekko w dół, niestety lewy bok miałem cały w błocie, ale na szczęście troszkę odpadło z upływem kilometrów.

Na końcówce czekały na nas jeszcze 3 może 4 mocne podejścia, krótkie, ale bardzo strome, jedno podejście było dość przerażające, ponieważ wchodziło się skałkami na dość duża wysokość, a schodziło zaraz po drugiej stronie, na linie, tak bez tej liny byłoby ciężko, a było to przy Łaznych Skałach.
Końcówka biegu to fajnie zakręcony zbieg po wodzie i błocie, na szczęście to błoto nie było już śliskie.
Wolontariusze wskazywali drogę do mety, znów znalazłem się nad Grajcarkiem, wzruszyłem się troszkę, słyszałem kibiców, słyszałem konferansjera i muzykę, prawie się popłakałem, że właśnie ukończyłem swój pierwszy maraton górski.


META:
Na metę wpadłem z uśmiechem na twarzy, nie byłem zmęczony, nie odczuwałem żadnego bólu i wtedy zrozumiałem, że nawet dałbym radę przebiec skróconego Niepokornego Mnicha, ale nie można porywać się z motyka na słońce.
Na mecie otrzymałem wspaniały medal i gratulacje od wolontariuszy.

Chwilkę później odebrałem swój depozyt i spotkałem Waldka, poszliśmy razem do karczmy u Polowacy i zjedliśmy makaron popijając piwem.

Rozmawialiśmy jeszcze przez kilka minut po czym się pożegnaliśmy i udaliśmy się w swoim kierunku.

PODSUMOWUJĄC, bieg był naprawdę trudny, a przyznają to chyba wszyscy zawodnicy, trasa oznaczona genialnie, nie było możliwości, aby się zgubić, punktu odżywcze genialnie zaopatrzone, obsługa bardzo miła, pomocna, wszystko było zorganizowane na najwyższym poziomie, po prostu luksus.
Najbardziej nie podobało mi się to jak zawodnicy śmiecili na trasie, no kurde byłem mega poirytowany, kiedy zobaczyłem kubeczki, opakowania po zelach tuż za punktami odżywczymi, gdzie można było to tam skonsumować i wyrzucić, no ale zdarzyli się tacy, którzy mają to gdzieś, przykro bardzo z tego powodu.
Na pewno wrócę w to miejsce jeszcze nie raz, na pewno latem i przebiegnę treningowo tras wielkiej Prehyby, na pewno będzie można mnie zobaczyć na następnej edycji i nie ważne czy będzie błoto, czy tez deszcz, pokochałem góry i nic mnie nie zatrzyma przed powrotem.