środa, 26 kwietnia 2017

WIELKA PREHYBA 2017

WIELKA PREHYBA 2017


Biegi w Szczawnicy
Biegi w Szczawnicy 2017
DRUŻYNA SZPIKU

https://connect.garmin.com/modern/activity/1692090160
https://www.endomondo.com/users/5153580/workouts/909891737

WYNIKI: http://biegiwszczawnicy.pl/…/…/04/BWS2017_WIELKA-PREHYBA.pdf

DYSTANS: 44,1 km
CZAS NETTO: 6g:29m:10s
ŚR. TEMPO: 8:49 min/km
MIEJSCE OPEN: 240/544
MIEJSCE M: 217/412
MIEJSCE M30: 107/178
SPRZĘT: Brooks Running Cascadia 6
Przygotowania do biegu trwały od jakiś 2 miesięcy, treningowo zrobiłem maraton w Dębnie, potem przyszedł czas na półmaraton, gdzie plan był na rekord życiowy (który z resztą pobiłem), potem już bieganie w terenie, biegi objętościowe, katowałem nogi jak tylko się dało, na bieżnie wskakiwałem, żeby zrobić podbiegi, ostatnie treningi to 32 i 40 km, potem prawie tydzień odpoczynku z wyjątkiem jednego treningu na 10 kilometrów.
Szczerze to bałem się bardzo przewyższeń jakie czekają na trasie Wielkiej Prehyby, a wynoszą one około 2000 metrów na ponad 43 kilometry.
Przyszedł czas na wyjazd i od razu czułem po sobie, że stres przed startem zaczyna działać, zaczęły boleć mnie mięśnie, kolana, plecy, a samopoczucie było jakbym dostał grypy.
Do Szczawnicy udałem się pociągiem PKP Intercity. Pociąg do podróży oraz komunikacją autobusowa, podróż w jedną stronę to wycięte z życia około 10 godzin, 10 godzin siedzenia na tyłku w niewygodnych miejscach, poza tym, kiedy dłużej siedzę, to jakieś dziwne rzeczy odczuwam w brzuchu, jakieś skręcanie flaków itd.
W końcu po tych kilku godzinach dotarłem na miejsce, odszukałem dom, w którym będę miał nocleg, a było to przy ulicy Zielonej 3, na wzgórzu mieścił się domek, a ja miałem tam swój pokój, na ostatnim piętrze, gdzie widok na góry miałem rewelacyjny.

ODBIÓR PAKIETÓW:
Po ogarnięciu się w pokoju wyruszyłem po odbiór pakietu, biuro zawodów zlokalizowane było w Dworku Gościnnym (ul. Park Górny 7), szkoda tylko, że w miasteczku nie było żadnych oznaczeń (przynajmniej ja nie zauważyłem) , które mogłyby doprowadzić bezpośrednio do biura zawodnika, który nie używa GPS (widziałem kilku zawodników kluczących i szukających drogi).
W końcu znalazłem biuro, dworek prezentował się znakomicie, z pewnej odległości już było widać klimat, że wkrótce odbędzie się jakieś wydarzenie, powiewały flagi BUFF, a na ulicach, na latarniach powieszone zostały plakaty informujące o biegach w Szczawnicy.
Wchodząc do budynku na starcie była ścianka i dwie owce (szkoda, że sztuczne), ścianka, na której można było zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie.

Poruszając się bardziej w głąb podszedłem do stolika, wypełniłem formularz i odebrałem swój numer startowy, następnie ustawiłem się w kolejce, aby odebrać chip i resztę pakietu, czyli informator, mapę trasy oraz worek na depozyt, wszystko to było zapakowane w materiałowa siatkę Garmin.

Chwilkę pokręciłem się jeszcze po mini expo, ale nic nie zakupiłem i udałem się z powrotem do domu.
Po drodze wstąpiłem do sklepu spożywczego oraz apteki, aby zaopatrzyć się w niezbędne specyfiki i posiłki.
Po drodze spotkałem znajomą, z którą zamieniłem kilka zdań i umówiłem się na późniejszą godzinę.
Po powrocie do pokoju zacząłem przygotowywać ekwipunek jaki zabiorę na trasę Wielkiej Prehyby, było tego trochę, a waga plecaka Grivel zwiększała się z minuty na minutę.
Spakowany plecak ważył chyba z 3 kilogramy, a w nim:
-1,5 litra wody w bukłaku
-330 ml izotonika w softflasku Aonijie Polska
-kije do biegania Pioneer Crabon
-3 tabletki Dextro Energy
-4 żele Honey Stinger Polska
-kamera sportowa z kijem
-mp3
-mapa trasy
-telefon
Odzież w jakiej biegłem to:
-rashguard Kalenji Running
-kurtka przeciwdeszczowa Kalenji Poland
-leginsy Kalenji Poland
-czapka zimowa Crivit
-okulary przeciwsłoneczne
-buty Brooks Running Cascadia 6
-opaski Compressport Polska
-rękawiczki
-buff
-stuptuty, które zdjąłem przed samym startem i oddałem do depozytu, bo szlak był już przetarty przez GOPR.
-pas na numer ZONE3 Polska

Jak się później okazało, nie użyłem ani razu kamery i mp3, a buffa zająłem po pierwszym kilometrze na pierwszym podbiegu, okulary też wziąłem niepotrzebnie, bo po szybszych odcinkach, kiedy był podbieg lub podejście zaczęły mocno parować, więc przez 99% biegu miałem założone je na czoło.
O godzinie 19 we wcześniej wspomnianym dworku odbyło się spotkanie z elitą biegu, nazwiska robiły naprawdę duże wrażenie, w końcu na najdłuższej trasie, czyli Niepokornym Mnichu odbywały się mistrzostwa Polski w ultradystansowym biegu górskim.

Pośród elity biegów w Szczawnicy można było usłyszeć takie nazwiska jak:
- Marcin Świerc FanPage
- Bartosz Gorczyca FanPage
- Kamil Leśniak - fanpage
- Ewa Majer - Solgar Polska
- Ewelina Matuła- Biegi Górskie
- Natalia Tomasiak - Górski Styl
- Anna Kącka
- Wojciech Probst
- Magdalena Łączak i Paweł Dybek - Salomon Suunto Team
- Edyta Lewandowska E.L.ite Runners
- Robert Faron
- Krzysztof Dołęgowski
- Piotr Książkiewicz
- Martyna Kantor
i inni.
Po spotkaniu zaczęło się wyświetlanie filmów o tematyce związanej z biegami ultra.
Kilkadziesiąt minut później już byłem w drodze do domu, aby jak najszybciej zasnąć, żeby być wypoczętym, kiedy stanę na linii startu.

START:
Pobudka, godzina 6:30, na śniadanie 2 bułki z dżemem i 2 banany oraz mocna kawa, która od razu pobudziła żołądek do działania.
Po śniadaniu czas na suplementy, czyli BCAA i kreatyna, magnez, stoperan i mój Letrox (tak, jestem chory na niedoczynność tarczycy).
Do depozytu zapakowałem butelkę wody, cole, świeży rashguard Nike, mini ręcznik i banany.
Z domu wyszedłem około godziny 8:15, bo do startu miałem naprawdę bardzo blisko.
15 minut później zameldowałem się przy Karczma u Polowacy, oddałem depozyt i wypiłem ciepła herbatę, w oczekiwaniu na start zauważyłem znajomą i po chwili już sobie rozmawialiśmy, byli też ludzie z Drużyny Szpiku, których tam poznałem.

Rozłożyłem kije, jeszcze chwilką i lecimy.
Zaczęło się odliczanie, odliczanie do mojego debiutu w górach, nie czułem stresu, wręcz przeciwnie, cieszyłem się jak dziecko, że mogę uczestniczyć w tym biegu, wiedziałem, że nie będzie łatwo, ale to nie znaczy, że trzeba rezygnować z takich wydarzeń.
Wybiła godzina dziewiąta, czas troszkę poprzebierać girkami, wystartowaliśmy.

TRASA:
Trasa to pętla o długości ponad 43 kilometrów z wzrostem wysokości około 2000 metrów, trasa urozmaicona jeżeli chodzi o podłoże, był śnieg, asfalt, błoto, trawa, kamienie, chyba wszystkie rodzaje podłoża jakie można sobie wyobrazić, ale już wracając do trasy...
Pierwszy kilometr biegliśmy nad Grajcarkiem, dość płaski odcinek, tutaj wszyscy jeszcze byli uśmiechnięci, rozmawiali, żartowali sobie.
Od drugiego kilometra zaczął się podbieg, niektórzy zawodnicy biegli pod te górkę, ale ja przypominając sobie słowa Marcina Świerca, który powiedział, żebyśmy na początku nie stracili zbyt dużo sił, bo zabraknie mocy na końcówkę biegu, wziąłem sobie te słowa do serca i podchodziłem pod te stromiznę asekurując się kijkami.

W tym czasie musiałem zdjąć buffa, bo czułem, że się już przegrzewam, chwilowo pomyślałem, że za grubo się ubrałem, ale potem okazało się, że było idealnie.
Im wyżej się wspinaliśmy, tym powietrze było coraz cięższe i wilgoć osiadała na kurtce.
Czasami z nieba coś kapało, ale nie było to bardzo uciążliwe.
Na czwartym kilometrze, na wysokości około 800 m n.p.m. czyli około 350 metrów wyżej od startu teren się wypłaszczył na około kilometr, potem znów pod górkę, było coraz więcej śniegu.

W połowie siódmego kilometra byliśmy już na wysokości około 1000 m n.p.m. a zaraz potem czekał nas zbieg.
Kiedy miałem czas na nagrywanie lub zdjęcia robiłem to, robiłem tylko wtedy kiedy było jakieś podejście, wtedy bez problemu poradziłem sobie z obsługą telefonu.
Podziwiałem widoki, na razie widoki coraz bardziej mlecznego, białego lasu, w którym ścieżki jakimi biegliśmy miały szerokość około 50 centymetrów, ciężko było wyprzedzać, ale jakoś na zbiegach właśnie mi się to udawało.
Przed dziesiątym kilometrem czekała na nas dość spora górka, bo na 1500 metrów jej wzniosłość wynosiła około 300 metrów, troszkę się namęczyłem z tym podejściem, ale jakoś poszło.

W pewnym momencie zachwiało moją równowaga i nastąpiłem na leżąca po prawej stronie usypana hałdę śniegu, nie wiedziałem, ze pod nią jest przepaść i zsunąłem się w dół góry, zjeżdżałem, ale na szczęście mój jeszcze świeży rozsądek kazał wbić mi kije w podłoże, zatrzymałem się jakieś 3 metry od ścieżki, wdrapałem się z powrotem i znowu byłem na szlaku.
Śnieg padał coraz mocniej, zacinał lekko w twarz, ale taki klimat mi się bardzo podobał, byłem zachwycony.
Przed czternastym kilometrem czekał na nas pierwszy punkt żywieniowy, mieścił się on na Schronisko na Przehybie, na punkcie mogliśmy częstować się bananami, pomarańczami, czekoladą, suszonymi owocami, krakersami i płynami.
Panowała tam świetna atmosfera, wszyscy uśmiechnięci, jeszcze nie było widać oznak zmęczenia.
Po kilku minutach ruszyłem dalej w trasę, bo zacząłem już odczuwać zimno, niestety organizm bardzo szybko wyziębia się podczas postoju.
Kierowaliśmy się na najwyższy punkt tego biegu, czyli na Radziejowa, która była położona na wysokości ponad 1268 m n.p.m.

Było coraz chłodniej, ale to normalne w górach, na dole ciepło, na górze zimno.
Przed dziewiętnastym kilometrem była Radziejowa, tutaj spotkałem Waldka, znajomego, przywitaliśmy i w dalszą część trasy ruszyliśmy razem rozmawiając ze sobą jeżeli była taka możliwość.
Waldek nauczył mnie jak zbiegać jak pro zawodnik, mówił tylko puszczaj się swobodnie, długie kroki i lecimy, no to tak zrobiłem, ale ta prędkość mnie przerażała, jeden zły ruch i po mnie, na szczęście byłem bardzo skupiony na tym gdzie kładę stopę i nic się nie przytrafiło, a teraz patrząc na wykres tempa widzę, że średnie tempo z Waldkiem na zbiegach wynosiło około 3:30 min/km.
Podczas zbiegania wyprzedzaliśmy zawodników, przy naszym tempie zbiegania, oni wyglądali jakby stali w miejscu.
Przed 24 kilometrem czekał na nas kolejny punkt odżywczy, tym razem mieścił się przy Bacówka na Obidzy, a tam oprócz takiego zestawu jedzenia jaki mieliśmy na poprzednim punkcie była zupa, kanapki, pieczone ziemniaki, ale ja tylko zjadłem pół banana, napełniłem bidony i ruszyłem dalej w tę już błotnistą trasę.

Błota już była gigantyczna ilość, stopy zapadały się po same kostki, a w pewnym momencie zgubił bym but.
Kijki bardzo dobrze asekurowały od wywrotki, bo ciężko było ustabilizować bieg, a nawet chód.
Do 29 kilometra trasa była dość płaska, ale rozwinąć jakąś prędkość było ciężko z powodu tego błota, śniegu było coraz mniej, a strumyczki wody z topniejącego śniegu chlapały pod butami.
Na 29 kilometrze było kolejne podejście, na 700 metrów, podejście miało 150 metrów, więc było co robić, ręce już odczuwały i to bardzo mocno zapieranie się na kijach, łokcie mega uciskały, ale trzeba było przetrwać do końca.
A i warto wspomnieć, że od punktu biegliśmy już na granicy Słowackiej, minęliśmy Wierchliczke, Smerekowa i Wysoką to właśnie tu było wspomniane wcześniej podejście.
Wybił 34 kilometr, zbieg po błotnistej trawie, ciężko się zatrzymać, ale jakoś wyhamowałem przed kolejnym punktem odżywczym, Schronisko Pod Durbaszką, tam zjadłem kolejną połówkę banana, napiłem się coli, uzupełniłem softflask izotonikiem i ruszyłem dalej.

Przed chwilą zbiegałem, to teraz trzeba z powrotem podejść po tę górkę.
Tutaj trasa się wypłaszcza i jest coraz więcej zbiegania, niestety na 36 kilometrze przez moją nieuwagę poślizgnąłem się na błocie i zjechałem na nim lekko w dół, niestety lewy bok miałem cały w błocie, ale na szczęście troszkę odpadło z upływem kilometrów.

Na końcówce czekały na nas jeszcze 3 może 4 mocne podejścia, krótkie, ale bardzo strome, jedno podejście było dość przerażające, ponieważ wchodziło się skałkami na dość duża wysokość, a schodziło zaraz po drugiej stronie, na linie, tak bez tej liny byłoby ciężko, a było to przy Łaznych Skałach.
Końcówka biegu to fajnie zakręcony zbieg po wodzie i błocie, na szczęście to błoto nie było już śliskie.
Wolontariusze wskazywali drogę do mety, znów znalazłem się nad Grajcarkiem, wzruszyłem się troszkę, słyszałem kibiców, słyszałem konferansjera i muzykę, prawie się popłakałem, że właśnie ukończyłem swój pierwszy maraton górski.


META:
Na metę wpadłem z uśmiechem na twarzy, nie byłem zmęczony, nie odczuwałem żadnego bólu i wtedy zrozumiałem, że nawet dałbym radę przebiec skróconego Niepokornego Mnicha, ale nie można porywać się z motyka na słońce.
Na mecie otrzymałem wspaniały medal i gratulacje od wolontariuszy.

Chwilkę później odebrałem swój depozyt i spotkałem Waldka, poszliśmy razem do karczmy u Polowacy i zjedliśmy makaron popijając piwem.

Rozmawialiśmy jeszcze przez kilka minut po czym się pożegnaliśmy i udaliśmy się w swoim kierunku.

PODSUMOWUJĄC, bieg był naprawdę trudny, a przyznają to chyba wszyscy zawodnicy, trasa oznaczona genialnie, nie było możliwości, aby się zgubić, punktu odżywcze genialnie zaopatrzone, obsługa bardzo miła, pomocna, wszystko było zorganizowane na najwyższym poziomie, po prostu luksus.
Najbardziej nie podobało mi się to jak zawodnicy śmiecili na trasie, no kurde byłem mega poirytowany, kiedy zobaczyłem kubeczki, opakowania po zelach tuż za punktami odżywczymi, gdzie można było to tam skonsumować i wyrzucić, no ale zdarzyli się tacy, którzy mają to gdzieś, przykro bardzo z tego powodu.
Na pewno wrócę w to miejsce jeszcze nie raz, na pewno latem i przebiegnę treningowo tras wielkiej Prehyby, na pewno będzie można mnie zobaczyć na następnej edycji i nie ważne czy będzie błoto, czy tez deszcz, pokochałem góry i nic mnie nie zatrzyma przed powrotem.

środa, 5 kwietnia 2017

44 MARATON DĘBNO

44 Maraton Dębno

44.Maraton Dębno

DRUŻYNA SZPIKU

KORONA MARATONÓW ZDOBYTA


https://connect.garmin.com/modern/activity/1654718728
https://www.endomondo.com/users/5153580/workouts/898495883

WYNIKI: http://maratondebno.pl/…/1491320…/KLASYFIKACJA_GENERALNA.pdf

DYSTANS: 42,195 km
CZAS NETTO: 4g:12m:43s
ŚR. TEMPO: 5:58 min/km
MIEJSCE OPEN: 1316/2178
MIEJSCE M: 1165/1785
MIEJSCE M30: 470/667
SPRZĘT: Mizuno Running Wave Sayonara 2
 
Do Dębna wybrałem się z Iras Ireneusz z gRUNwald team Poznań, wyjechaliśmy około godziny 6:30, niestety nie mogłem zasnąć w noc poprzedzającą start, kręciłem się w łóżku jak blender, prześcieradło owinęło mnie, jakbym był w kokonie, było ciężko i z każdą nieprzespaną minutą byłem coraz bardziej poirytowany, ale na szczęście konwersacja w samochodzie trwała przez całą drogę i nie zasnąłem.
Pojechaliśmy tylko we dwóch, komfort jazdy był genialny.
Na miejsce przyjechaliśmy około godziny 8:30.
Od dawna ten start był tylko dla jednej osoby, dla Oli (Life With Run), której obiecałem doprowadzenie do mety.

ODBIÓR PAKIETÓW:
Po wyjściu z samochodu, który zaparkowaliśmy na przeciwko sali gimnastycznej, w której znajdowało się biuro zawodów udaliśmy się po odbiór pakietów, oczywiście wyszukaliśmy swoje miejsce sygnowane odpowiednim numerem startowym.
W pakiecie startowym otrzymaliśmy:
-numer startowy z chipem
-pamiątkowy kubek
-proporczyk
-ręcznik (było 5 rodzajów do wyboru)
-koszulkę techniczną New Balance Poland
-żel Pro Sport
-piwo Dębnowskie
Po odbiorze pakietów poszliśmy z Irkiem na trybuny, ja wyjąłem 4 skiby chleba z masłem orzechowym i zacząłem szamać popijając wodą z syropem w oczekiwaniu na Olę.
Chwilkę później Ola się odnalazła i poszliśmy przebrać się w strój sportowy, wziąłem ze sobą 3 żele Squeezy Polska, które przyczepiłem do pasa startowego ZONE3 Polska TRIATHLONISTA.com, oczywiście tym razem nie miałem zamiaru jeść żadnego żelu, wszystkie były dla Oli.
Depozyt oddaliśmy chwile po godzinie 9:30 i zaczęliśmy kręcić się po hali sportowej, bo na dworze wiał jeszcze zimny wiatr, porozmawialiśmy ze znajomymi, pochodziliśmy po stoiskach z akcesoriami biegowymi itd.

START:
Na start wyszliśmy z hali około 10:30, ale nadal wiał wiatr, chociaż troszkę cieplejszy, a pogoda była identyczna jak w zeszłym roku w tym samym miejscu.
Start był troszkę oddalony od hali o około jeden kilometr, więc trzeba było się rozgrzewać podczas tej drogi.
Pokazałem Oli rakiety WC, hi hi hi, czyli bardzo śmieszne toalety wyglądające jak rakiety, a użytkownicy uzupełniali paliwo :-P Chyba tylko w Dębnie takie można zobaczyć :-)
Ustawiliśmy się za balonikami na czas 4:15, czyli Ola leci na życiówkę, wtedy to sobie uświadomiłem, obok nas ustawiła się też jej znajoma Justyna, która też ten czas łamała.
Do startu zostało jeszcze kilka minut, atmosfera była coraz gorętsza, a kibice już zaczęli wiwatować, właśnie w tym maratonie to jest piękne, tutaj na ulicę wychodzą prawie wszyscy mieszkańcy miasteczka, aby kibicować nam, maratończykom.
Zegarki złapały GPS już na jakiś czas wcześniej, więc nie było obawy, skrócenia trasy GPS.
Odliczanie...START

TRASA:
No, tutaj trasa jest z deczka zagmatwana, nie każdy lubi pętle, a tu jest ich aż cztery, dwie małe ulicami Dębna i dwie duże na trasie Dębno-Dargomyśl-Cychry-Dębno.

Limit na przebiegnięcie maratonu to nie jak w innych 6 godzin brutto, tutaj jest troszkę trudniej, bo czas na bieg skrócony jest o godzinę, czyli max co można biec to 5 godzin brutto.
Limit uczestników to 2300 zawodników, a cena za pakiet troszkę porażająca, bo 140 zł, za to pakiet jest dość bogaty.
Wystartowaliśmy, widziałem małe wzruszenie na twarzy Oli, ale ja też tak zawsze mam jak zaczynam tak długi bieg w zawodach.
Średnia tempa jakim mieliśmy biec to około 6:00 min/km, lecz trzeba było troszkę szybciej, bo jak wiadomo GPS w zegarku to nie to samo co atest, tak więc prowadziłem na tempo około 5:55 min/km, chociaż były chwile, kiedy mocno przyspieszaliśmy, a było to w centrum miasta, gdzie tłum ludzi dawał mocy w nogi.
Traciliśmy najwięcej na punktach odżywczych, gdzie się zatrzymywaliśmy, a potem trzeba było rwać tempo, aby nadrobić stracone sekundy.
Od samego początku biegu dość dużo rozmawialiśmy, uśmiechaliśmy się i jeszcze luźno się biegło, ale troszkę niepokoiłem się tymi rozmowami, wiadomo, że każde wydobyte słowo to utrata energii i nie pilnowanie tempa oraz techniki biegu.
Punkty odżywcze były ustawione bardzo często, moim zdaniem, aż za bardzo, naliczyłem 15 punktów podczas całego biegu, WOW, tyle nie było nawet podczas historycznego maratonu we Wrocławiu, gdzie temperatura wynosiła ponad 30 stopni, a temperatura asfaltu dochodziła prawie do 60 stopni Celsjusza.
Co drugi punkt były izotoniki, ciastka, banany i cukier, na kilku gdzie był banan, brałem go i jadłem polówkę, podczas całego biegu zjadłem chyba ze dwa banany popijając kubkiem izotonika i kubkiem wody, na szczęście mój organizm nie potrzebuje już tak dużej ilości jedzenia i napojów.
Dwie małe pętle minęły szybko, bardzo szybko, wyruszyliśmy na trzecią pętle, która prowadziła do Dargomyśla, małej wsi, gdzie ludzie także witali nas świetnie, strażacy odpalali sygnały, syreny i muzykę z wozów strażackich, ludzie tamtych okolic są świetni, naprawdę potrafią wyprowadzić z niejednego kryzysu, który dopada podczas biegu.

Za Dargomyślem był chyba największy, ale krótki podbieg na trasie, większość nawet nie zwróciła na niego uwagi, bo nie wpływał na za bardzo na bóle które zaczęło już się odczuwać, następnie droga prowadziła do wsi Czychry, tam też strażacy ustawili się samochodem i pięknie kibicowali wraz z mieszkańcami.
Na Oli twarzy nie widziałem żadnego kryzysu, bałem się, że podda się podczas drugiej pętli, bo ten kawałek drogi naprawdę się dłużył, w końcu to tylko 3 dłuuuuugie proste i można się poddać patrząc daleko przed siebie i widząc ile jeszcze drogi przede mną, ile jeszcze kroków, ile pochłoniętego tlenu, którego z każda minuta brakowało w płucach, w mięśniach, a tętno powoli wzrastało wraz z temperaturą powietrza.
Po raz kolejny przekroczyliśmy linię startu, to już ostatni raz, wiatr nie dawał nam spokoju przez cały bieg i troszkę męczył, ale zostało już niewiele, nagle Ola wystrzeliła do przodu, moje zdumienie było wypisane na twarzy, nie odpowiadała na pytania, zostawiłem ja na chwilę samą, pomyślałem, że potrzebuje troszkę samotności dla siebie, po około kilometrze zwolniła i powiedziała, że plany się zmieniły, chciała łamać 4 godziny i 10 minut, kurde, w tym momencie twarz mi się wykrzywiła, pomyślałem, że porywa się z motyka na słońce, no, ale ok, przyspieszyliśmy, powiedziała, że teraz biegniemy na tempo 5:45 min/km i nie zwalniamy, powiedziałem ok i takie tempo próbowałem trzymać, lecz znowu kiedy przekroczyliśmy przez miasto wzrosło do 5:33 min/km przez kolejne 2 kilometry, Ola mówiła, że za szybko, więc zwolniliśmy i troszkę dłużej byliśmy na punkcie odżywczym na około 28 km, kilka kilometrów później jednak powiedziała, że nie ma opcji na 4:10 i zwolniliśmy do początkowego tempa, od tamtej pory chwyciła mnie za rękę, nie chciała jej puścić, wiedziałem, że ma już dość biegu, że za chwile mogą polać się łzy, no i chwilę później tak było, łzy kryzysu pociekły z oczu, ale powiedziałem, że skoro tak mocno zaciska na mnie swoją dłoń, to ma siłę na dalszy bieg.

Poza tym powiedziałem jej, czy pamięta jak mówiłem, że Jarek (z Drużyny Szpiku) właśnie nas mija na ósemce małej pętli, powiedziała, że tak, na to ja powiedziałem jej, że teraz go dogoniliśmy (niestety miał skurcze), czyli nadrobiliśmy około 2 kilometry do niego, poza tym wyprzedziliśmy także Irka na trasie i wielu, wielu innych zawodników, a widać to po statystykach, to chyba ja troszkę podbudowało i lekko się uśmiechnęła.

Kolejny punkt odżywczy był na około 32 kilometrze, tutaj minął nas pacemaker z balonikami na 4:15, Marcelina, która była samotnym pacemakerem krzyknęła do nas, że mamy się dołączyć, Ola odzyskała wiarę w siebie wtedy, pobiegliśmy za Marceliną.
Prowadziła grupę świetnie, na każdym kilometrze mówiła jaki mamy zapas czasu na to, aby skorzystać z kolejnych punktów odżywczych.
Ola przez prawie 12 km trzymała mnie za rękę, potem kiedy już byliśmy bliżej mety, coraz mniej, żeby ręce odpoczęły.
Minęliśmy chorągiewkę z napisem 40 km, wtedy Marcelina powiedziała, że już nie mamy patrzeć na nią i mamy gnać już do mety, bo ona oczywiście nie może przekroczyć mety wcześniej niż 4:15, chwile później byliśmy już przed balonikami, biegliśmy z górki do mety, mija 41 km, Ola zapytała się gdzie jest 42 km, ja odpowiedziałem, żeby spojrzała przed siebie, już nawet widać zegar nad metą, powoli przyspieszaliśmy, z tempa 6:00 na 41,5 km zrobiło się 5:10 na mecie.
Metę przekroczyliśmy trzymając się za ręce.

META:
Po przekroczeniu mety łzy pojawiły się na Oli polikach, byłem mega dumny, pobiła życiówkę o ponad 20 minut, przytuliłem ją i sam prawie się popłakałem, byłem taki dumny.
Przeszliśmy dalej, jak w naszej tradycji bywa, wręczamy sobie medale, sami zawieszamy je sobie na szyi i tak było też tego dnia.
Poszliśmy dalej, do biura zawodów, oczywiście najpierw uzupełniliśmy płyny.
Medal jaki otrzymaliśmy był koloru srebrnego, ci szybcy dostali złote, a ci co za nami w kolorze brązowym.
Po odebraniu swoich tobołów z depozytu poszliśmy się przebrać do szatni, szybki prysznic i szybciutko po makaron, aby odżywić troszkę organizm.
Usiedliśmy się pod namiotem i zaczęliśmy jeść.
W Dębnie jest taka kultura, że wolontariusze, którzy pracują są tak uprzejmi, że nawet przyniosą do stołu posiłek, przyniosą wodę, nie trzeba samemu po to iść, a także zabierają już puste pojemniki i wyrzucają, tylko w Dębnie tacy kelnerzy, to jest mega fajne.
Po zjedzeniu makaronu usiedliśmy się na trawie, słońce mocno grzało, bardzo mocno, fajnie tak było sobie posiedzieć, porozmawiać.

Niestety nie mieliśmy dla siebie zbyt dużo czasu, każdy z nas przyjechał z kimś innym, z innego rejonu Polski.
Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w inne strony.
Czekałem na Irka, z którym przyjechałem, maraton nie zajął mu dużo więcej od nas, dobiegł i z uśmiechem udaliśmy się do Poznania.

PODSUMOWUJĄC, bieg zorganizowany na wysokim poziomie, jakość trasy uważam za dostateczny, kocie łby niestety wykręcały zmęczone nogi na wszystkie strony, a szuter i dziury w podłożu były troszkę niebezpieczne.
Obsługa genialna, trasa oznaczona świetnie, tak samo jak punkty odżywcze, kibice NAJLEPSI, cena za pakiet hmmmm tu przemilczę.
Ja, jako support dla Oli zrobiłem sobie solidny trening, podczas biegu nie miałem żadnego kryzysu, biegło mi się wspaniale, bo i okoliczności trasy genialne, biegać po asfalcie a wokół wszędzie prawie drzewa, dobrze, że ten kawałek, gdzie biegnie się w polu był z górki szybciutko minął.
Gratuluje wszystkim życiówek, gratuluję, że dobiegli do mety, dziękuje Marcelinie za świetne prowadzenie grupy, a najważniejsze zostawię na koniec...OLA JESTEM Z CIEBIE MEGA DUMY, JESZCE RAZ GRATULACJE.

środa, 29 marca 2017

10 POZNAŃ PÓŁMARATON

10 POZNAŃ PÓŁMARATON


DRUŻYNA SZPIKU
TRIATHLONISTA.com
ZONE3 Polska
Zone3
Compressport Polska
Compressport
Garmin
Kalenji Poland
Kalenji Running
Nike
Nike+ Run Club
Poznań Maraton

https://connect.garmin.com/modern/activity/1640960809
https://www.endomondo.com/users/5153580/workouts/893678047

WYNIKI: http://live.sts-timing.pl/pp2017/pp2017_open.pdf

DYSTANS: 21,095 km
CZAS NETTO: 1g:23m:31s
CZAS BRUTTO: 1g:23m:38s
ŚR. TEMPO: 3:57 min/km
MIEJSCE OPEN: 247/10394
MIEJSCE M: 236/7655
MIEJSCE M30: 106/3047
SPRZĘT: Nike Sportswear Zoom Streak 5



ODBIÓR PAKIETÓW:
Po odbiór swojego zestawu startowego wybrałem się już w piątek prosto po pracy.
Kiedy dotarłem na miejsce od razu rzucił mi się w oczy baner, który informował, w którym kierunku mam się udać do biura zawodów.
Oczywiście zawsze takim wydarzeniom towarzyszą targi sportu, ale ja nic nie potrzebowałem, jedynie co to zamieniłem kilka zdań z Piotr Myślak na jego stoisku TRIATHLONISTA.com, poinformował mnie on o nowościach, które produkowane są na poznańskiej ziemi.
Następnie poszedłem na halę obok i ujrzałem...hmmmm co ja zobaczyłem, a właściwie czego nie zobaczyłem, nie widziałem tłoku ludzi odbierających pakiety, nie było prawie nikogo, niby miało startować około 11000 ludzi, a tu taka niespodzianka, był czasu jeszcze w sobotę, na pewno wtedy będzie o wiele, wiele więcej ludzi.
Sprawdzając w mailu jaki przydzielono mi numer udałem się do odpowiedniego boksu, a po zweryfikowaniu tożsamości otrzymałem kopertę z numerem startowym i chipem, tak znów ten chip, jakby w końcu nie mogliby zrobić numeru z chipem razem, no ale nic, ja byłem na to przygotowany, bo miałem opaskę na chip Zone3.
Z koperta poszedłem do kolejnego boksu, gdzie dostałem plecak, a w nim koszulka 4F , gąbka, informator, worek na depozyt i ulotki, a na ostatnim już punkcie dostałem piwo Miłosław Blonde Ale, które oddałem Piotrowi Myślakowi, zbierał on piwka na swoim stoisku, pewnie potrzebne były na oblanie jego życiówki, którą wybiega w niedzielę hi hi hi hi 😊
Spotkałem też innych znajomych, z którymi zamieniłem kilka słów, a na koniec wrzuciłem do urny kupon, który uprawniał do losowania nagród.
Wróciłem do domu, zjadłem makaron i wypiłem sok z buraków, nie było w ten dzień treningu, nie było też w sobotę, za to musiałem iść do pracy, a po pracy w sobotę zjadłem już sobie lekki obiad, czyli warzywa na parze popijając przy tym sok z buraków i oczywiście zajadając się tartymi burakami. Wiedziałem, że to poruszy moje trawienie i nie będzie żadnego dyskomfortu w żołądku.
W niedzielę po ponad 6 godzinnym śnie obudziłem się o 7:30, no tak, jeszcze ta zmiana czasu, tak więc byłem godzinę do tyłu, ale to nic, na szczęście tego nie odczułem.
W kuchni zrobiłem sobie dwie skiby chleba z dżemem wiśniowym i wstawiłem wodę na kawę, czas mijał szybko, no ale z tego pośpiechu wodę wstawiłem nie na ten gaz co zapalony został palnik, no i tu już byłem wkurzony, musiałem wyjść bez kawy.
Z domu wyszedłem około godziny 8:10 pamiętając o tym, że strefy startowe zamykane będą o godzinie 8:50.
Na miejsce dojechałem autobusem, z dojazdem nie miałem żadnych problemów i na terenie targów znalazłem się już około 8:20, zostało pół godziny.
Szybko się rozebrałem i już bylem gotowy oddać depozyt, bo miałem na sobie strój startowy, który założyłem już w domu.
Około 8:30 oddałem depozyt, chociaż był już niezły tłok, niestety tutaj pierwszy minus, bo wejście w strefę depozytowa okazał się za mało przepustowy, na szczęście wyjście było otwarte z boku, więc swobodnie można było się ulotnić.


START:
Godzina 8:40, już byłem w strefie startowej, na tę chwilę nie było jeszcze tłoczno, więc zrobiłem sobie rozgrzewkę, pobiegałem w tę i z powrotem i już czułem się lepiej, mięśnie dostatecznie się rozgrzały, a resztę czasu spędziłem na wygrzewaniu się na słońcu które wychodziło i zaczęło przygrzewać.
Podczas rozgrzewki spotkałem kilkunastu znajomych, tych co znam osobiście i tych wirtualnych, którzy są obserwatorami mojego profilu na instagramie oraz facebooku, przybiłem troszkę piątek i zamieniłem kilka zdań na szybko.
W końcu ustawiłem się na swoim miejscu, tuż za linią startu, za elitą biegu, pozdrowiłem kilku znajomych, których wyniki nie są i nigdy nie będą w moim zasięgu.
Oczekiwanie było najgorsze, ale włączając muzykę w mp3 już słyszałem odliczanie spikera, oczywiście spikerem był Roman Toboła, znany biegaczom konferansjer, jego głos jest bardzo rozpoznawalny.
Punkt dziewiąta nastąpił wystrzał ze startera, ruszyliśmy.


TRASA:
Pierwsze metry są zawsze najtrudniejsze, przepych i niestabilne tempo, trzeba uważać gdzie stawia się nogi, niestety tory tramwajowe nie były zabezpieczone tak jak na wrocławskim maratonie.
Przebiegliśmy obok Sheraton Hotels & Resorts i zakręciliśmy w Roosevelta, gdzie mieliśmy mocno z górki, tutaj kontrola tempa była już ogarnięta, nie za szybko, nie za wolno, minęliśmy Dąbrowskiego i skierowaliśmy się w stronę Park Cytadela, gdzie przed samym zakrętem czekał lekki, krótki podbieg, tempo utrzymywałem stałe, lecz troszkę za szybkie, ale pomyślałem, że jeżeli dobrze odczuwam taką prędkość to będę cisnął tak, żeby mieć zapas czasu na końcówkę biegu.

Zakręt w Aleje Armii Poznań i znowu lekki zbieg, na przeciwko schodów zebrali się kibice z klubu Strefa Kibica KB Maniac Poznań, którzy kibicowali tak głośno, że słyszałem przez głośną muzykę w słuchawkach.
Zmierzaliśmy na Garbary, tutaj czekało na nas około pięciu kilometrów biegu w linii prostej.
Najpierw bieg przez ścisłe centrum, dużo kibiców, dużo fotografów, fajnie przybijało się piąteczki z małymi dzieciaczkami, dawało to parę w nogach, zapomniało się o trzymaniu tempa i nagle wzrastała prędkość, po chwili ogarnięcia trzeba było zwalniać.
Na krzyżówce przy AWF Poznań - Akademia Wychowania Fizycznego im. E. Piaseckiego w Poznaniu, gdzie zaczynała się Droga Dębińska przekroczyliśmy kolejne duże torowisko, kierowcy byli nieźle poirytowani, że znowu biegacze zajmują ich teren, a może zróbmy tak, że jeden dzień ulice należą do kierowców, drugi do biegaczy, a trzeci dla rowerzystów, będzie jakaś równowaga hi hi hi.
Zawsze znajdą się ludzie, którzy będą narzekać, jest tak za każdymi zawodami, które odbywają się w większych miastach i nie ważne, że informuje się o zamknięciu ulic, objazdach czy śluzach na długo, długo wcześniej...szkoda gadać.
Na szóstym kilometrze znajdował się pierwszy punkt odżywczy, wolontariusze świetnie zorganizowani, nie wychodzili na środek trasy, każdy z nich trzymał kubek i czekał tylko, aż jakiś biegacz weźmie go on niego.
Po wzięciu dwóch łyków wody wyrzuciłem kubek na ziemię, wyrzuciłem go zanim dostrzegłem kosze na śmieci porozstawiane na poboczu, a na nich wielkimi napisami "tu wyrzuć śmieci", według mnie takie kosze niestety się nie sprawdziły, najlepszym rozwiązaniem było postawić boksy na śmieci wzdłuż stolików z wodą i izotonikiem, a miało to miejsce na którymś z maratonów, ale nie pamiętam już na którym niestety.
Na końcu Drogi Dębińskiej czekał lekki podbieg i zakręt w lewo, a zaraz za zakrętem zauważyłem grupę Komornicka Grupa Biegowa KGB Grzmot Komorniki, która mnie rozpoznała i zaczęła kibicować, no i znowu trochę energii wjechało w nogi, kilka przybitych piątek i lecimy dalej.
Koniec dziesiątego kilometra i podbieg, jedyny tak mocny na trasie, no nie powiem, bo na tempo które trzymałem to mnie wymęczył i podniósł jeszcze bardziej tętno.
Hetmańska to ponad trzy i pół kilometra biegu lekko pod górkę, to był mój najgorszy moment, to na tym odcinku chciałem już rezygnować z bicia życiówki, ale na słuchawkach pojawił się utwór, który mówił o walce, że tylko ten który walczy wygrywa, pomyślałem też o tych wszystkich życzeniach itd walczyłem, podjąłem walkę, pomyślałem sobie, że to tylko 12 minut biegu tą trasą, 12 minut, niczym w autobiografii Alberto Salazara, on walczył 12 minut o życie, ja o życiówkę.
Na Hetmańskiej było bardzo dużo ludzi, wiwatowali, ciszyli się razem z nami, fajnie było odwzajemniać te uśmiechy wypisane na każdej twarzy, każdy po coś tam przyszedł, jak nie kibicować swoim zawodnikom to kibicować dla ogółu, przecież półmaraton to już nie takie hop siup. Znajdował się tu także kolejny punkt odżywczy.
Przed czternastym kilometrem zakręt w ulicę Arciszewskiego i tu był odpoczynek, fajny zbieg, aż do Ściegiennego i zakręt w prawo, a chwilę później kibice że Sklep Biegacza oraz kolejny punkt odżywczy na piętnastym kilometrze.

Jugosłowiańska i zakręt na szesnastym w Grunwaldzka, to już końcówka pomyślałem, tylko utrzymywać tempo, a mam jego duży zapas, odczuwałem już mięśnie, bałem się, że zaraz dopadną mnie skurcze, a jeszcze około cztery kilometry biegu, szybkiego biegu.
Biegnąc Grunwaldzka, kierując się do agrafki widziałem po drugiej stronie Agnieszkę Janasiak i kilku znajomych, kurcze, na ich twarzach nie było widać nawet zmęczenia, a ja już otwierałem szeroko paszcze, żeby jak najwięcej tlenu pochłaniać.

Minąłem agrafkę, ostatnia prosta, dokładnie cztery kilometry do mety, wiatr zaczął wiać prosto w twarz, próbowałem draftowac za innym zawodnikiem, udawało się, opór wiatru był o wiele mniejszy, o wiele mniej się męczyłem.

Na osiemnastym kilometrze zauważyłem ścianę, tak, stała przede mną, zbliżała się coraz bardziej, znałem ją, tak, to znajoma ściana z maratonu, ustawiona przez kibiców z gRUNwald team Poznań, poznali mnie, krzyczeli, przebiegłem przez ścianę, za nią stała Fotografia Anna Strojna z aparatem w ręku, od razu pojawił mi się uśmiech na twarzy, odżyłem, to była moc, tempo od razu wzrosło i ruszyłem z kopyta w kierunku mety.

Grunwaldzka dłużyła się, dłużyła się jak Hetmańska, ale przed sobą miałem już tylko szpital wojskowy, wiedziałem, że to już ostatni kilometr, biegłem, kilku zawodników wtedy mnie wyprzedziło, mieli więcej sił na finisz, ja niestety nie, dawałem ile mogłem, odczuwałem mikroskurcze, ale już tak niewiele dzieli mnie od życiówki, trzeba przebierać girami.

Ostatnie metry to coś wspaniałego, zakręt w prawo na teren targów, gdzie było multum ludzi, już czułem się zwycięzca, kolejny zakręt na hale, gdzie była wspaniale zrobiona meta, to była najwspanialsza meta jaką kiedykolwiek przekraczałem, patrzyłem na zegar przed sobą, czas nie doszedł jeszcze nawet do 1g24m, łzy napłynęły mi do oczu, mam życiówkę i to pobita o ponad dwie minuty.


META:
Po przekroczeniu mety upadłem na ziemię, poślizgnąłem się na nawierzchni i zdarłem kolano, na szczęście było już po biegu, chwile jeszcze poleżałem na plecach, aż w końcu podniosłem się i udałem do strefy medalowej, po drodze spotkałem kilku znajomych, pogratulowaliśmy sobie wyników i z medalami na szyi przeszliśmy łącznikiem do kolejnej hali odebrać depozyty, było prawie pusto, wszystko ogarnięte zostało w chwilkę, nawet nie zdążyłem dojść do boksu z depozytem, a wolontariusz już czekał na mnie z moimi rzeczami.
Kobiety razem z medalem otrzymały również kwiatka.
Szybko się przebrałem i czekałem za znajomą, z którą byłem umówiony na po biegowe piwko, serwowali Miłosław oraz czarna Fortuna, oczywiście wybrałem tę drugą opcję.
Udaliśmy się jeszcze na jedzenie, makaron z sosem bolońskim lub grzybowym, wybrałem po bolońsku, szczerze to zjadłbym ze trzy takie porcje hi hi hi jestem po biegowym żarłokiem.
Chwilę później byłem już w drodze do domu, przeszedłem jeden przystanek, a na kolejnym akurat podjechał autobus, to do niego wsiadłem, a co mi tam, zasłużyłem.

PODSUMOWUJĄC impreza hmmmm no prze geniusz, świetna organizacja, wszystko zapięte na ostatni guzik, do niczego właściwie nie mogę się przyczepić.
Czy za rok będę? Tego nie wiem, nie wiem czy akurat będę chciał bić kolejny rekord życiowy.

środa, 1 lutego 2017

PODSUMOWANIE OSTATNIEGO TYGODNIA ORAZ MIESIĄCA

DRUŻYNA SZPIKU
ASICS Frontrunner
#asicsfrontrunner
Poznań
Miasto Poznań

PODSUMOWANIE OSTATNIEGO TYGODNIA ORAZ MIESIĄCA.


WTOREK 24.01:

DYSTANS: 20 km
CZAS: 1g:45m:49s
ŚR. TEMPO: 5:17 min/km
ŚR. TĘTNO: 143 bpm
SPRZĘT: Kalenji Running Kalenji Poland Kiprun Trail XT5

https://connect.garmin.com/modern/activity/1540662186
https://www.endomondo.com/users/5153580/workouts/863207455

Po pracy udałem się na trening na dystansie dwudziestu kilometrów, początkowo miał być to trail, lecz chwilę później okazało się, że nie za bardzo pasuje mi bieganie po lodzie, tak, teren Jezioro Rusałka był skuty lodem niemal na całej szerokości ścieżki, a na pierwszym zakręcie już wywinąłem orła.
Lekko zdenerwowany dokończyłem bieg dookoła jeziora i postanowiłem wrócić na odlodzony asfalt.
Nigdy tak ciężko nie biegło mi się jak we wtorek, lód skutecznie odbierał energię, trzeba było uważać na każdym kroku, a kolce były tu niezbędne.
Na każdym zakręć wpadałem w poślizg, a z każdym zbiegiem ciężko było wyhamować.


ŚRODA 25.01:

DYSTANS: 33 km
CZAS: 3g:00m:00s
ŚR. TEMPO: 5:27 min/km
ŚR. TĘTNO: 141 bpm
SPRZĘT: Mizuno Running Mizuno Wave Sayonara 2

1/2
https://connect.garmin.com/modern/activity/1541569240
https://www.endomondo.com/users/5153580/workouts/863433643
2/2
https://connect.garmin.com/modern/activity/1542130090
https://www.endomondo.com/users/5153580/workouts/863654750

Środa to dwa treningi jednego dnia, podzieliłem trening trzy godzinny w drugiej strefie na trening przed i po pracy.
Obudziłem się około 3 w nocy, wiedząc, że na pewno nie zasnę, a do pracy idę na godzinę 6, wyszedłem pobiegać przed pracą, miałem na to około 1,5 godziny.
Nie było dużego mrozu, trening rozpocząłem o godzinie 3:50, tylko nie wiedziałem jaką mam obrać trasę, a więc biegłem sobie w ciemno, na śladzie widać jak zrobiłem jakiegoś dziwnego ślimaka, przebiegłem sobie obok Stadion Miejski Lech Poznań, tam zrobiłem sobie selfie z poznańską lokomotywą i pobiegłem już w stronę swojej pracy, wzdłuż ulicy Bułgarskiej, potem Niestachowską i już byłem prawie na miejscu, wyszło idealnie 13 km.

W pracy spędziłem swoje 8 godzin.
Pierwszy trening zajął mi 1h12m, a więc musiałem jeszcze biegać przez 1h48m, żeby były te 3 godziny biegu razem.
Powrót zrobiłem tą samą drogą, ale oczywiście musiałem ją nieco wydłużyć.
Pogoda dopisywała, był jeden stopień na plusie.
Kontynuowałem bieg wzdłuż ulicy Bukowskiej, ale powrotną trasę zmodyfikowałem i skręciłem w ulice Jana Brzechwy, żeby wbiec na tereny Lasek Marceliński , zrobiłem krótki odcinek czarną trasą, bo wiedziałem, że już mam mało czasu, a do domu jeszcze kawałek drogi mnie czeka.

Powrotną drogę zrobiłem ulicą Marcelińską a potem Grochowską i na tym zakończyłem trening.


PODSUMOWANIE MIESIĄCA:

AKTYWNOŚCI: 20
CZAS AKTYWNOŚCI: 2173 min
DYSTANS: 382 km
ŚR. TEMPO: 5:41 min/km
ŚR. TĘTNO: 146 bpm
Na miesiąc styczeń zaplanowane miałem do wybiegania ponad 500 km, lecz nie udało się tym razem, a spowodowane to jest chorobą, niestety na ostatni tydzień miesiąca chwycił mnie jakiś wirus i do tej pory nie odpuszcza, mam chwilowego bana na treningi, ale myślę, że wkrótce się ogarnę i znowu zacznę ostro trenować, w końcu przede mną morderczy dystans 103 km w Ultramaraton Nowe Granice Zielona Góra.

Podczas braku aktywności fizycznej czytam sobie bardzo dobry kryminał Remigiusz Mróz "Ekspozycja", a na półce czekają już kolejne części, polecam.

Kalendarz z planem treningowym na luty już mam ułożony, jest o wiele mniej intensywny niż ten w styczniu, będzie więcej czasu na regenerację.

A JAK WAM IDĄ TRENINGI? CZY CHOROBA WAS TEŻ DOPADŁA?