3 PZU Cracovia Półmaraton Królewski

DRUŻYNA SZPIKU

Cracovia Maraton
3. PZU Cracovia Półmaraton Królewski
Kraków

WYNIKI: http://wyniki.datasport.pl/results1993/

https://connect.garmin.com/modern/activity/1407691513
https://www.endomondo.com/users/5153580/workouts/822433443

DYSTANS: 21,096 km
CZAS NETTO: 1g:55m:06s
CZAS BRUTTO: 2g:02m:35s
ŚR. TEMPO: 5:27 min/km
MIEJSCE OPEN: 3915/7098
MIEJSCE M: 3366/5112
MIEJSCE M30: 1393/2068
SPRZĘT: Mizuno Running Wave Sayonara 2

ODBIÓR PAKIETÓW:
Do Krakowa przyjechałem jak zwykle PKP Intercity. Pociąg do podróży, w Krakowie byłem około godziny 11:30 i od razu z dworca udałem się na przystanek tramwajowy, gdzie zaczekałem na pojazd, który doprowadził mnie w okolice Tauron Arena Kraków.
Po wejściu do areny, zwiedzałem różne firmowe stoiska, które w przeddzień startu wystawiły się na korytarzu, było to takie skromne EXPO.
Natomiast na samej Tauron Arenie odbywały się w tym czasie mistrzostwa karate tradycyjnego.
Arena robi niesamowite wrażenie, piękna, ogromna i świetnie zaprojektowana.
Po zweryfikowaniu numeru podszedłem do stanowiska i odebrałem numer startowy, na kolejnym stanowisku dostałem koszulkę, a na ostatnim resztę pakietu.
W pakiecie otrzymałem:
-numer startowy z chipem
-koszulkę techniczną
-żelki FRUGO
-cukierki Wawel
-płatki owsiane Fitella
-ulotki
-draże orzechowe
-worek na depozyt
Wszystko było spakowane w worek materiałowy.
Po odebraniu pakietu trzeba było coś zjeść, a jak wiadomo przed zawodami jem zawsze pizze, więc udałem się razem z Olą do pizzerii Sycylia na ulicy Franciszkańskiej obok Rynek Główny w Krakowie, to już sprawdzone miejsce i wiedziałem, że pizza będzie smaczna.
Następnie był czas na mały spacer i powrót do domu, mieliśmy zaplanowany jeszcze powrót na Tauron Arenę, ponieważ wieczorem było sushi party i bicie rekordu Guinnessa w największej ilości porcji.
Na arenę wróciliśmy około godziny dziewiętnastej, odbywała się jeszcze dekoracja zwycięzców w karate, a zaraz po tym zaczęło się już układanie wielkich tac z sushi.

Przygotowanych porcji było około 65000, ułożone na scenie tace malowały mozaikę i postać dwóch karateków z logiem Kraków PL.

Chwilę później już raczyliśmy się nieograniczoną ilością sushi, starczyło dla każdego, niektórzy brali kilkadziesiąt porcji w kartony, do kubków, do worków, a nawet na ulotki reklamowe.

Sushi było tak smaczne, że nie pamiętam ile zjadłem porcji, ale ciężko było mi się ruszać.
Ola pierwszy raz jadła to danie i zasmakowało jej, zjadła tyle, że bała się o start kolejnego dnia.

Pojechaliśmy do domu i zaczęliśmy przygotowywać się do startu, przyczepiliśmy numery i razem się stresowaliśmy.
Na śniadanie przed startem zjedliśmy bułki z dżemem, spakowaliśmy sobie sushi i pojechaliśmy na Tauron Arenę.
Tak dla przypomnienia jest to ostatni bieg do Królewskiej Triady Biegowej, którą właśnie ukończyłem, ale o tym w innym poście.

START:
Na terenie Tauron Areny znaleźliśmy depozyty i szybko oddaliśmy bagaże, na małej hali był jednak ścisk, duży ścisk.

Było zimno, odczuwane było to na korytarzu, nie mieliśmy ze sobą worków, w których moglibyśmy bezpiecznie uchronić się przed wiatrem i deszczem.
Wyszliśmy na zewnątrz, na ciele pojawiła się gęsia skórka, ale szybko obiegliśmy arenę i kierowaliśmy się na linię startu.
Kiedy już byliśmy przy strefach pozostało około pięciu minut do startu, weszliśmy w swoją czasową strefę i czekaliśmy na wystrzał startera.
Wśród ludzi atmosfera była podniosła, większość narzekała na pogodę, inni mówili na jakie czasy biegną, a jeszcze inni o walorach trasy.
Zegarki złapały fixa, zostało kilka sekund, aż w końcu zobaczyliśmy ruch na początku stawki, tak, zaczęło się, zaczęła się walka o życiówkę Oli.

TRASA:

Trasa krakowskiej połówki to lekko pofałdowany teren, jedna pętla na utwardzonej nawierzchni.
Linię startu przekroczyliśmy dopiero po około siedmiu minutach, najpierw oczekiwanie, potem chód, zatrzymanie się i znów chód i tak aż do linii startu.
Średnie założone tempo przez Olę to 5:27 min/km, czyli bieg na godzinę i pięćdziesiąt minut.
Wystartowaliśmy z ulicy Stanisława Lema, a chwilę później byliśmy już na Alejach Pokoju gdzie czekał na nas siedmiometrowy podbieg pod most obok Dębskiego Stawu, a zaraz już zbiegaliśmy na wyjściową wysokość.
Pierwszy kilometr zrobiliśmy wolniej, rozgrzewkowo, ale kolejny już musieliśmy nadrabiać i zrobiliśmy go o piętnaście sekund szybciej.
Ciągle wskazywałem Oli gdzie ma biec, aby nie obciążać butów wodą, niestety każda kałuża to dodatkowy ciężar na nogi, nie wiem, czy Oli się to podobało czy nie, możliwe, że się irytowała, kiedy wskazywałem, gdzie, i jak ma położyć stopę na ziemi, ale nie oznajmiła mi tego.
Alejami Pokoju biegliśmy do trzeciego kilometra, następnie był zakręt w lewo w ulicę Kotlarską, gdzie zrobiło się bardzo ciasno, ojjjjj tak ciasno, że zwolniliśmy znacznie, tutaj był tez kolejny podbieg siedmiometrowy na Most Kotlarski, gdzie także było bardzo ciasno, przez ten jeden kilometr naprawdę namęczyliśmy się, aby w nikogo nie wpaść, nikt nas nie skosił.
Zbiegając z Mostu Kotlarskiego zrobiliśmy małe kółko i znaleźliśmy się pod wyżej wymienionym mostem wbiegając już na Zabłocie, trzymaliśmy się najbliżej jak mogliśmy krawężnika, żeby nie wydłużać niepotrzebnie trasy.
Wiedzieliśmy, że na piątym kilometrze czeka na nas bardzo trudny, wąski, ciasny i pełen błota odcinek, odcinek, na którym był pierwszy punkt odżywczy, czyli Bulwar Podolski. Robiąc tak zwaną eskę znaleźliśmy się na piątym kilometrze, gdzie uzyskaliśmy czas 26 minut i 51 sekund, ze średnim tempem 5:22 min/km, czyli wyrobiliśmy sobie jakiś zapas na kolejne kilometry.
Z punktu odżywczego nie skorzystaliśmy, nie było sensu, pogoda była idealna, a tłok przy stolikach, jakby emeryci walczyli o tanie kurczaki w Lidlu.
Biegliśmy poboczem, trawą, śliską, mazistą, jeden poślizg mógł skończyć się kąpielą w Wiśle.
Biegliśmy dalej, wskoczyliśmy z powrotem na asfalt i już wybiegaliśmy z bulwarów, przekroczyliśmy Wilgę i wybił szósty kilometr i jakbym dostał déjà vu, dokładnie w poprzedniej edycji, w tym samym miejscu, kiedy biegłem razem z Olą musiałem iść do toalety, którą były te same krzaki hi hi hi.
Zbiegaliśmy ulicą Marii Konopnickiej widząc już kolejny punkt kilometrowy, z oddali słychać było bębny, wybił siódmy kilometr, wbiegliśmy pod most, bębniarze stukali tak mocno, że prawie bębenki mi pękły.
Przebiegliśmy przez most, a za nim po prawej minęliśmy Jubilat, zaraz zacznie się najgorszy odcinek biegu, czyli Krakowskie Błonia, odcinek około trzy i pół kilometrowy, tutaj znajdował się kolejny punkt, niestety wolontariusze nie ogarniali, był taki chaos, że sam wziąłem całą butelkę izotonika dla Oli i tak jak rok temu miała cały czas dostęp do nawadniania się.
Minął dziesiąty kilometr czas 54 minuty i 9 sekund, średnia tempa 5:25 min/km, powoli zbliżamy się do granicy czasu na życiówkę, ale cały czas próbuję jakoś motywować, rozśmieszać Olę, żeby nie myślała o biegu, żeby nie patrzyła na tę ostatnią prosta na błoniach, żeby patrzyła pod nogi jak biegnie.
Przed dwunastym kilometrem mieliśmy kolejny punkt, tym razem Ola chciała Dextro Energy Polska Dextro Energy, niestety nie było już na tacach, widziałem jak Ola się denerwuje przez kolejny kilometr, ale starałem się mówić, że na taki dystans to wytrzyma bez tego.

Wybiegliśmy z błoń i biegliśmy na lekkim wzniesieniu ulica Józefa Piłsudskiego, zaraz był zakręt w lewo i już byliśmy na Straszewskiego i Podwalu, aż w końcu skręciliśmy w ulicę Świętej Anny, czyli nasz ulubiony odcinek całej trasy, trzynasty kilometr i dużo kibiców, dużo przybitych piątek.
Biegliśmy w rękawkach Halfworn, które dostaliśmy w pakiecie od Saturn Polska, a na rynku głównym miał znajdować się balon Saturna i ich fotograf, odbył się konkurs, aby wyzwolić energię przed fotografem, mam nadzieje, że zrobiliśmy to wzorowo.
Zakręt w ulice Grodzką, gdzie było jeszcze więcej kibiców, krzyczeli, trąbili, głośno dopingowali po polsku i w obcym języku, uśmiech na twarzy nie znikał.
Na czternastym kilometrze zakręciliśmy w Podzamcze obok Zamek Królewski na Wawelu i skierowaliśmy się z powrotem na bulwary, tym razem na Bulwar Czerwieński potem Bulwar Kurlandzki.
Piętnasty kilometr czas 1 godzina 21 minut i 21 sekund ze średnia tempa 5:25 min/km, czyli utrzymywaliśmy tempo, ale widziałem, że Ola jest coraz bardziej zmęczona, chciała coś zjeść, więc pobiegłem do przodu, żeby nie traciła czasu na zatrzymywanie, ja chciałem przynieść jej banana ale niestety na tym punkcie była tylko woda i izotonik, kiedy oznajmiłem, że nic nie ma Ola znowu była poirytowana, ale powiedziałem, że może za trzy kilometry będzie jedzenie, ale czy to nie za daleko już?

Biegliśmy dalej, monotonne bulwary i wiejący wiatr oraz lekko kropiący deszcz, zakręcamy z bulwarów w ulicę miedzianą, dość mocny zbieg, a przed dziewiętnastym kilometrem punkt odżywczy, wziąłem Oli pół banana i tabletki Dextro, rozpakowałem tabletki i dałem Oli, chwilę później popiła to izotonikiem, wybił dziewiętnasty kilometr.
Niechcący palnąłem, że jest duża szansa na życiówkę, że mamy w zapasie około dwóch minut, Ola się prawie popłakała i wydarła na mnie, żebym tak nie mówił.
Biegliśmy dalej, wyrzuciłem banana na wlocie w Aleje Pokoju, czekał na nas jeszcze jeden mały podbieg na most, ale coraz większe zmęczenie Oli mówiło mi, że za wszelką cenę teraz już nie może się poddać, chwyciłem ją za rękę i tak biegliśmy ostatnie dwa kilometry, wręcz wciągnąłem ją na ten most, a ona powiedziała z uśmiechem, że tak to może podbiegi robić, bo nawet tego nie czuje.
Wyrzuciłem butelkę z izotonikiem, nie był już potrzebny, minął dwudziesty kilometr, ludzie nam kibicowali, krzyczeli, że pięknie, kiedy widzieli nas biegnących razem za rękę.
Czas na dwudziestkę mieliśmy na 1 godzinę , 49 minut i 32 sekundy, wiedziałem, że Ola już nie odpuści i biegła ile tylko miała sił w nogach, po prawej była widać Tauron Arenę, przedostatni zakręt w prawo, lekki zbieg i kolejny, już ostatni zakręt, widzimy przed sobą metę, powiedziałem do Oli, żeby gnała ile ma tylko sił i tak przekroczyła metę bijąc życiówkę na czas 1 godzina 55 minut i 1 sekunda.

META:
Za linią mety przytuliliśmy się do siebie, pogratulowałem Oli nowej życiówki i czekaliśmy w tłumie ludzi, tak, czekaliśmy na wyjście z areny, był niesamowity tłok, zanim dotarliśmy do wręczenia sobie nawzajem medalu minęło około dziesięciu minut. Kiedy już wyszliśmy z areny wzięliśmy wodę Veroni i poszliśmy odebrać depozyt.

To co się tam działo przechodzi ludzkie wyobrażenie, przepych, każdy na siłę chciał dostać się po swój bagaż, wejście wąskie, przepustowość znikoma, kolejne czekanie, zdenerwowanie sięgało zenitu, a przecież za niecałe dwie godziny miałem pociąg.
W końcu po katorżniczym przepychu dostaliśmy swój depozyt, ale jeszcze trzeba było wyjść z hali, a tu kolejna kolejka, ojjjjjjjj, znowu minęło kilka minut, poszliśmy do szatni się przebrać i odświeżyć się.

Po ogarnięciu spraw higienicznych już ze spokojem usiedliśmy się na podłodze i zjedliśmy sushi.

PODSUMOWUJĄC bieg zorganizowany dostatecznie, niestety tylko dostatecznie ze względu na małą przepustowość trasy, jest po prostu wąsko, to samo w arenie, przepych niesamowity. Jeżeli robi się bieg z taką ilością biegnących, trzeba pomyśleć nad nowa trasą lub ograniczyć limitem pakietów.
Wolontariusze niestety nie radzili sobie na punktach, było widać Chaos.
Trasa oznaczona była doskonale, punkty prawie pokryły się z tymi według GPS, trasa malownicza, piękna, jedna z lepszych w polskich biegach.

Komentarze

  1. Proponuję wziąć pod uwagę, że biegliście w okolicy najbardziej obleganych czasów. Szczerze mówiąc odnośnie wolontariuszy mam zupełnie odmienną opinię, radzili sobie wspaniale. Tylko, że ja biegłem w innym "miejscu" połówki.
    Co do przepustowości trasy - jakby ludzie stawali w swoich strefach i byli puszczani falami, tłoku by nie było.
    O Twoich problemach w Arenie trudno mi się wypowiedzieć, bo mam zwyczaj załatwiania takich spraw wcześniej, nim zwali się tłum.
    Nie rozumiem dlaczego Twoja koleżanka miała -o ile dobrze zrozumiałem - pretensje o podanie czasu i szansy na zyciówkę, to świetna informacja i normalnego faceta to raczej motywuje do wzmożonego wysiłku :D . Widać Twoja koleżanka nie jest normalnym facetem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam, to, że ten czas akurat był oblegany, nie oznacza tego, że powinniśmy się zatrzymywać, pewne odcinki były za wąskie.
      Wolontariusze np na Błoniach mieli puste stoliki i trzeba było czekać w kolejce po kubek z wodą, nie miałem na to czasu wiec wziąłem całą butelkę izo kilka stolików dalej.
      W zeszłym roku biegłem i także kończyłem z czasem na około 2h, ale arena wtedy była pusta(chodzi o strefę mety), nie wiem co się wydarzyło, że teraz było inaczej. Tłumy na schodach, bo właściwie tylko jedno wejście i wyjście było do depozytów, w szatniach natomiast było gdzie się przebrać.
      Ola po prostu nie lubi takich informacji podczas biegu, nie lubi jak się mówi ile jeszcze jest do końca biegu.

      Usuń
  2. Doskonale Olę rozumiem. Co prawda biegam na mniejszych dystansach, ale nawet wtedy nie znoszę kiedy ktoś mi mówi ile jeszcze do końca, np. marszobiegując: "jeszcze 100 metrów do marszu". To strasznie irytuje bo mam wrażenie, że to 100 metrów się nie kończy. Takie informacje potrafią bardzo wydłużyć czas oczekiwania i zwyczajnie zestresować.

    Co do przepustowości trasy - również jest to dla mnie minus. Ostatni raz w ten sposób biegłam na Biegu Kobiet na poznańskiej Cytadeli - prawie 1900 biegaczy, a trasa bardzo wąska i to jeszcze ze słupkami, które nie pozwalają wjeżdżać samochodom na teren. Tragedia przy takiej masie ludzi - wiele osób po prostu na nie powpadało. Wychodzę z założenia, że im więcej ludzi biegnie, tym trasa powinna być jednak bardziej przemyślana - szersza. Nic nie irytuje tak jak nagłe zatrzymanie się, bo ludzie próbują przebiec wąziutką drogą.
    Mój półmaraton jeszcze przede mną i mogę sobie życzyć tylko takiego wsparcia jakie Ty dałeś Oli. ;)

    Gratuluję Oli życiówki! Super !

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Test zegarka XIAOMI AMAZFIT PACE

WINTER ULTRA TRAIL MAŁOPOLSKA 2017

CHOJNIK MARATON - SIEDEMDZIESIĄT Z HAKIEM