środa, 5 kwietnia 2017

44 MARATON DĘBNO

44 Maraton Dębno

44.Maraton Dębno

DRUŻYNA SZPIKU

KORONA MARATONÓW ZDOBYTA


https://connect.garmin.com/modern/activity/1654718728
https://www.endomondo.com/users/5153580/workouts/898495883

WYNIKI: http://maratondebno.pl/…/1491320…/KLASYFIKACJA_GENERALNA.pdf

DYSTANS: 42,195 km
CZAS NETTO: 4g:12m:43s
ŚR. TEMPO: 5:58 min/km
MIEJSCE OPEN: 1316/2178
MIEJSCE M: 1165/1785
MIEJSCE M30: 470/667
SPRZĘT: Mizuno Running Wave Sayonara 2
 
Do Dębna wybrałem się z Iras Ireneusz z gRUNwald team Poznań, wyjechaliśmy około godziny 6:30, niestety nie mogłem zasnąć w noc poprzedzającą start, kręciłem się w łóżku jak blender, prześcieradło owinęło mnie, jakbym był w kokonie, było ciężko i z każdą nieprzespaną minutą byłem coraz bardziej poirytowany, ale na szczęście konwersacja w samochodzie trwała przez całą drogę i nie zasnąłem.
Pojechaliśmy tylko we dwóch, komfort jazdy był genialny.
Na miejsce przyjechaliśmy około godziny 8:30.
Od dawna ten start był tylko dla jednej osoby, dla Oli (Life With Run), której obiecałem doprowadzenie do mety.

ODBIÓR PAKIETÓW:
Po wyjściu z samochodu, który zaparkowaliśmy na przeciwko sali gimnastycznej, w której znajdowało się biuro zawodów udaliśmy się po odbiór pakietów, oczywiście wyszukaliśmy swoje miejsce sygnowane odpowiednim numerem startowym.
W pakiecie startowym otrzymaliśmy:
-numer startowy z chipem
-pamiątkowy kubek
-proporczyk
-ręcznik (było 5 rodzajów do wyboru)
-koszulkę techniczną New Balance Poland
-żel Pro Sport
-piwo Dębnowskie
Po odbiorze pakietów poszliśmy z Irkiem na trybuny, ja wyjąłem 4 skiby chleba z masłem orzechowym i zacząłem szamać popijając wodą z syropem w oczekiwaniu na Olę.
Chwilkę później Ola się odnalazła i poszliśmy przebrać się w strój sportowy, wziąłem ze sobą 3 żele Squeezy Polska, które przyczepiłem do pasa startowego ZONE3 Polska TRIATHLONISTA.com, oczywiście tym razem nie miałem zamiaru jeść żadnego żelu, wszystkie były dla Oli.
Depozyt oddaliśmy chwile po godzinie 9:30 i zaczęliśmy kręcić się po hali sportowej, bo na dworze wiał jeszcze zimny wiatr, porozmawialiśmy ze znajomymi, pochodziliśmy po stoiskach z akcesoriami biegowymi itd.

START:
Na start wyszliśmy z hali około 10:30, ale nadal wiał wiatr, chociaż troszkę cieplejszy, a pogoda była identyczna jak w zeszłym roku w tym samym miejscu.
Start był troszkę oddalony od hali o około jeden kilometr, więc trzeba było się rozgrzewać podczas tej drogi.
Pokazałem Oli rakiety WC, hi hi hi, czyli bardzo śmieszne toalety wyglądające jak rakiety, a użytkownicy uzupełniali paliwo :-P Chyba tylko w Dębnie takie można zobaczyć :-)
Ustawiliśmy się za balonikami na czas 4:15, czyli Ola leci na życiówkę, wtedy to sobie uświadomiłem, obok nas ustawiła się też jej znajoma Justyna, która też ten czas łamała.
Do startu zostało jeszcze kilka minut, atmosfera była coraz gorętsza, a kibice już zaczęli wiwatować, właśnie w tym maratonie to jest piękne, tutaj na ulicę wychodzą prawie wszyscy mieszkańcy miasteczka, aby kibicować nam, maratończykom.
Zegarki złapały GPS już na jakiś czas wcześniej, więc nie było obawy, skrócenia trasy GPS.
Odliczanie...START

TRASA:
No, tutaj trasa jest z deczka zagmatwana, nie każdy lubi pętle, a tu jest ich aż cztery, dwie małe ulicami Dębna i dwie duże na trasie Dębno-Dargomyśl-Cychry-Dębno.

Limit na przebiegnięcie maratonu to nie jak w innych 6 godzin brutto, tutaj jest troszkę trudniej, bo czas na bieg skrócony jest o godzinę, czyli max co można biec to 5 godzin brutto.
Limit uczestników to 2300 zawodników, a cena za pakiet troszkę porażająca, bo 140 zł, za to pakiet jest dość bogaty.
Wystartowaliśmy, widziałem małe wzruszenie na twarzy Oli, ale ja też tak zawsze mam jak zaczynam tak długi bieg w zawodach.
Średnia tempa jakim mieliśmy biec to około 6:00 min/km, lecz trzeba było troszkę szybciej, bo jak wiadomo GPS w zegarku to nie to samo co atest, tak więc prowadziłem na tempo około 5:55 min/km, chociaż były chwile, kiedy mocno przyspieszaliśmy, a było to w centrum miasta, gdzie tłum ludzi dawał mocy w nogi.
Traciliśmy najwięcej na punktach odżywczych, gdzie się zatrzymywaliśmy, a potem trzeba było rwać tempo, aby nadrobić stracone sekundy.
Od samego początku biegu dość dużo rozmawialiśmy, uśmiechaliśmy się i jeszcze luźno się biegło, ale troszkę niepokoiłem się tymi rozmowami, wiadomo, że każde wydobyte słowo to utrata energii i nie pilnowanie tempa oraz techniki biegu.
Punkty odżywcze były ustawione bardzo często, moim zdaniem, aż za bardzo, naliczyłem 15 punktów podczas całego biegu, WOW, tyle nie było nawet podczas historycznego maratonu we Wrocławiu, gdzie temperatura wynosiła ponad 30 stopni, a temperatura asfaltu dochodziła prawie do 60 stopni Celsjusza.
Co drugi punkt były izotoniki, ciastka, banany i cukier, na kilku gdzie był banan, brałem go i jadłem polówkę, podczas całego biegu zjadłem chyba ze dwa banany popijając kubkiem izotonika i kubkiem wody, na szczęście mój organizm nie potrzebuje już tak dużej ilości jedzenia i napojów.
Dwie małe pętle minęły szybko, bardzo szybko, wyruszyliśmy na trzecią pętle, która prowadziła do Dargomyśla, małej wsi, gdzie ludzie także witali nas świetnie, strażacy odpalali sygnały, syreny i muzykę z wozów strażackich, ludzie tamtych okolic są świetni, naprawdę potrafią wyprowadzić z niejednego kryzysu, który dopada podczas biegu.

Za Dargomyślem był chyba największy, ale krótki podbieg na trasie, większość nawet nie zwróciła na niego uwagi, bo nie wpływał na za bardzo na bóle które zaczęło już się odczuwać, następnie droga prowadziła do wsi Czychry, tam też strażacy ustawili się samochodem i pięknie kibicowali wraz z mieszkańcami.
Na Oli twarzy nie widziałem żadnego kryzysu, bałem się, że podda się podczas drugiej pętli, bo ten kawałek drogi naprawdę się dłużył, w końcu to tylko 3 dłuuuuugie proste i można się poddać patrząc daleko przed siebie i widząc ile jeszcze drogi przede mną, ile jeszcze kroków, ile pochłoniętego tlenu, którego z każda minuta brakowało w płucach, w mięśniach, a tętno powoli wzrastało wraz z temperaturą powietrza.
Po raz kolejny przekroczyliśmy linię startu, to już ostatni raz, wiatr nie dawał nam spokoju przez cały bieg i troszkę męczył, ale zostało już niewiele, nagle Ola wystrzeliła do przodu, moje zdumienie było wypisane na twarzy, nie odpowiadała na pytania, zostawiłem ja na chwilę samą, pomyślałem, że potrzebuje troszkę samotności dla siebie, po około kilometrze zwolniła i powiedziała, że plany się zmieniły, chciała łamać 4 godziny i 10 minut, kurde, w tym momencie twarz mi się wykrzywiła, pomyślałem, że porywa się z motyka na słońce, no, ale ok, przyspieszyliśmy, powiedziała, że teraz biegniemy na tempo 5:45 min/km i nie zwalniamy, powiedziałem ok i takie tempo próbowałem trzymać, lecz znowu kiedy przekroczyliśmy przez miasto wzrosło do 5:33 min/km przez kolejne 2 kilometry, Ola mówiła, że za szybko, więc zwolniliśmy i troszkę dłużej byliśmy na punkcie odżywczym na około 28 km, kilka kilometrów później jednak powiedziała, że nie ma opcji na 4:10 i zwolniliśmy do początkowego tempa, od tamtej pory chwyciła mnie za rękę, nie chciała jej puścić, wiedziałem, że ma już dość biegu, że za chwile mogą polać się łzy, no i chwilę później tak było, łzy kryzysu pociekły z oczu, ale powiedziałem, że skoro tak mocno zaciska na mnie swoją dłoń, to ma siłę na dalszy bieg.

Poza tym powiedziałem jej, czy pamięta jak mówiłem, że Jarek (z Drużyny Szpiku) właśnie nas mija na ósemce małej pętli, powiedziała, że tak, na to ja powiedziałem jej, że teraz go dogoniliśmy (niestety miał skurcze), czyli nadrobiliśmy około 2 kilometry do niego, poza tym wyprzedziliśmy także Irka na trasie i wielu, wielu innych zawodników, a widać to po statystykach, to chyba ja troszkę podbudowało i lekko się uśmiechnęła.

Kolejny punkt odżywczy był na około 32 kilometrze, tutaj minął nas pacemaker z balonikami na 4:15, Marcelina, która była samotnym pacemakerem krzyknęła do nas, że mamy się dołączyć, Ola odzyskała wiarę w siebie wtedy, pobiegliśmy za Marceliną.
Prowadziła grupę świetnie, na każdym kilometrze mówiła jaki mamy zapas czasu na to, aby skorzystać z kolejnych punktów odżywczych.
Ola przez prawie 12 km trzymała mnie za rękę, potem kiedy już byliśmy bliżej mety, coraz mniej, żeby ręce odpoczęły.
Minęliśmy chorągiewkę z napisem 40 km, wtedy Marcelina powiedziała, że już nie mamy patrzeć na nią i mamy gnać już do mety, bo ona oczywiście nie może przekroczyć mety wcześniej niż 4:15, chwile później byliśmy już przed balonikami, biegliśmy z górki do mety, mija 41 km, Ola zapytała się gdzie jest 42 km, ja odpowiedziałem, żeby spojrzała przed siebie, już nawet widać zegar nad metą, powoli przyspieszaliśmy, z tempa 6:00 na 41,5 km zrobiło się 5:10 na mecie.
Metę przekroczyliśmy trzymając się za ręce.

META:
Po przekroczeniu mety łzy pojawiły się na Oli polikach, byłem mega dumny, pobiła życiówkę o ponad 20 minut, przytuliłem ją i sam prawie się popłakałem, byłem taki dumny.
Przeszliśmy dalej, jak w naszej tradycji bywa, wręczamy sobie medale, sami zawieszamy je sobie na szyi i tak było też tego dnia.
Poszliśmy dalej, do biura zawodów, oczywiście najpierw uzupełniliśmy płyny.
Medal jaki otrzymaliśmy był koloru srebrnego, ci szybcy dostali złote, a ci co za nami w kolorze brązowym.
Po odebraniu swoich tobołów z depozytu poszliśmy się przebrać do szatni, szybki prysznic i szybciutko po makaron, aby odżywić troszkę organizm.
Usiedliśmy się pod namiotem i zaczęliśmy jeść.
W Dębnie jest taka kultura, że wolontariusze, którzy pracują są tak uprzejmi, że nawet przyniosą do stołu posiłek, przyniosą wodę, nie trzeba samemu po to iść, a także zabierają już puste pojemniki i wyrzucają, tylko w Dębnie tacy kelnerzy, to jest mega fajne.
Po zjedzeniu makaronu usiedliśmy się na trawie, słońce mocno grzało, bardzo mocno, fajnie tak było sobie posiedzieć, porozmawiać.

Niestety nie mieliśmy dla siebie zbyt dużo czasu, każdy z nas przyjechał z kimś innym, z innego rejonu Polski.
Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w inne strony.
Czekałem na Irka, z którym przyjechałem, maraton nie zajął mu dużo więcej od nas, dobiegł i z uśmiechem udaliśmy się do Poznania.

PODSUMOWUJĄC, bieg zorganizowany na wysokim poziomie, jakość trasy uważam za dostateczny, kocie łby niestety wykręcały zmęczone nogi na wszystkie strony, a szuter i dziury w podłożu były troszkę niebezpieczne.
Obsługa genialna, trasa oznaczona świetnie, tak samo jak punkty odżywcze, kibice NAJLEPSI, cena za pakiet hmmmm tu przemilczę.
Ja, jako support dla Oli zrobiłem sobie solidny trening, podczas biegu nie miałem żadnego kryzysu, biegło mi się wspaniale, bo i okoliczności trasy genialne, biegać po asfalcie a wokół wszędzie prawie drzewa, dobrze, że ten kawałek, gdzie biegnie się w polu był z górki szybciutko minął.
Gratuluje wszystkim życiówek, gratuluję, że dobiegli do mety, dziękuje Marcelinie za świetne prowadzenie grupy, a najważniejsze zostawię na koniec...OLA JESTEM Z CIEBIE MEGA DUMY, JESZCE RAZ GRATULACJE.

1 komentarz: