WIELKA PREHYBA 2017

WIELKA PREHYBA 2017


Biegi w Szczawnicy
Biegi w Szczawnicy 2017
DRUŻYNA SZPIKU

https://connect.garmin.com/modern/activity/1692090160
https://www.endomondo.com/users/5153580/workouts/909891737

WYNIKI: http://biegiwszczawnicy.pl/…/…/04/BWS2017_WIELKA-PREHYBA.pdf

DYSTANS: 44,1 km
CZAS NETTO: 6g:29m:10s
ŚR. TEMPO: 8:49 min/km
MIEJSCE OPEN: 240/544
MIEJSCE M: 217/412
MIEJSCE M30: 107/178
SPRZĘT: Brooks Running Cascadia 6
Przygotowania do biegu trwały od jakiś 2 miesięcy, treningowo zrobiłem maraton w Dębnie, potem przyszedł czas na półmaraton, gdzie plan był na rekord życiowy (który z resztą pobiłem), potem już bieganie w terenie, biegi objętościowe, katowałem nogi jak tylko się dało, na bieżnie wskakiwałem, żeby zrobić podbiegi, ostatnie treningi to 32 i 40 km, potem prawie tydzień odpoczynku z wyjątkiem jednego treningu na 10 kilometrów.
Szczerze to bałem się bardzo przewyższeń jakie czekają na trasie Wielkiej Prehyby, a wynoszą one około 2000 metrów na ponad 43 kilometry.
Przyszedł czas na wyjazd i od razu czułem po sobie, że stres przed startem zaczyna działać, zaczęły boleć mnie mięśnie, kolana, plecy, a samopoczucie było jakbym dostał grypy.
Do Szczawnicy udałem się pociągiem PKP Intercity. Pociąg do podróży oraz komunikacją autobusowa, podróż w jedną stronę to wycięte z życia około 10 godzin, 10 godzin siedzenia na tyłku w niewygodnych miejscach, poza tym, kiedy dłużej siedzę, to jakieś dziwne rzeczy odczuwam w brzuchu, jakieś skręcanie flaków itd.
W końcu po tych kilku godzinach dotarłem na miejsce, odszukałem dom, w którym będę miał nocleg, a było to przy ulicy Zielonej 3, na wzgórzu mieścił się domek, a ja miałem tam swój pokój, na ostatnim piętrze, gdzie widok na góry miałem rewelacyjny.

ODBIÓR PAKIETÓW:
Po ogarnięciu się w pokoju wyruszyłem po odbiór pakietu, biuro zawodów zlokalizowane było w Dworku Gościnnym (ul. Park Górny 7), szkoda tylko, że w miasteczku nie było żadnych oznaczeń (przynajmniej ja nie zauważyłem) , które mogłyby doprowadzić bezpośrednio do biura zawodnika, który nie używa GPS (widziałem kilku zawodników kluczących i szukających drogi).
W końcu znalazłem biuro, dworek prezentował się znakomicie, z pewnej odległości już było widać klimat, że wkrótce odbędzie się jakieś wydarzenie, powiewały flagi BUFF, a na ulicach, na latarniach powieszone zostały plakaty informujące o biegach w Szczawnicy.
Wchodząc do budynku na starcie była ścianka i dwie owce (szkoda, że sztuczne), ścianka, na której można było zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie.

Poruszając się bardziej w głąb podszedłem do stolika, wypełniłem formularz i odebrałem swój numer startowy, następnie ustawiłem się w kolejce, aby odebrać chip i resztę pakietu, czyli informator, mapę trasy oraz worek na depozyt, wszystko to było zapakowane w materiałowa siatkę Garmin.

Chwilkę pokręciłem się jeszcze po mini expo, ale nic nie zakupiłem i udałem się z powrotem do domu.
Po drodze wstąpiłem do sklepu spożywczego oraz apteki, aby zaopatrzyć się w niezbędne specyfiki i posiłki.
Po drodze spotkałem znajomą, z którą zamieniłem kilka zdań i umówiłem się na późniejszą godzinę.
Po powrocie do pokoju zacząłem przygotowywać ekwipunek jaki zabiorę na trasę Wielkiej Prehyby, było tego trochę, a waga plecaka Grivel zwiększała się z minuty na minutę.
Spakowany plecak ważył chyba z 3 kilogramy, a w nim:
-1,5 litra wody w bukłaku
-330 ml izotonika w softflasku Aonijie Polska
-kije do biegania Pioneer Crabon
-3 tabletki Dextro Energy
-4 żele Honey Stinger Polska
-kamera sportowa z kijem
-mp3
-mapa trasy
-telefon
Odzież w jakiej biegłem to:
-rashguard Kalenji Running
-kurtka przeciwdeszczowa Kalenji Poland
-leginsy Kalenji Poland
-czapka zimowa Crivit
-okulary przeciwsłoneczne
-buty Brooks Running Cascadia 6
-opaski Compressport Polska
-rękawiczki
-buff
-stuptuty, które zdjąłem przed samym startem i oddałem do depozytu, bo szlak był już przetarty przez GOPR.
-pas na numer ZONE3 Polska

Jak się później okazało, nie użyłem ani razu kamery i mp3, a buffa zająłem po pierwszym kilometrze na pierwszym podbiegu, okulary też wziąłem niepotrzebnie, bo po szybszych odcinkach, kiedy był podbieg lub podejście zaczęły mocno parować, więc przez 99% biegu miałem założone je na czoło.
O godzinie 19 we wcześniej wspomnianym dworku odbyło się spotkanie z elitą biegu, nazwiska robiły naprawdę duże wrażenie, w końcu na najdłuższej trasie, czyli Niepokornym Mnichu odbywały się mistrzostwa Polski w ultradystansowym biegu górskim.

Pośród elity biegów w Szczawnicy można było usłyszeć takie nazwiska jak:
- Marcin Świerc FanPage
- Bartosz Gorczyca FanPage
- Kamil Leśniak - fanpage
- Ewa Majer - Solgar Polska
- Ewelina Matuła- Biegi Górskie
- Natalia Tomasiak - Górski Styl
- Anna Kącka
- Wojciech Probst
- Magdalena Łączak i Paweł Dybek - Salomon Suunto Team
- Edyta Lewandowska E.L.ite Runners
- Robert Faron
- Krzysztof Dołęgowski
- Piotr Książkiewicz
- Martyna Kantor
i inni.
Po spotkaniu zaczęło się wyświetlanie filmów o tematyce związanej z biegami ultra.
Kilkadziesiąt minut później już byłem w drodze do domu, aby jak najszybciej zasnąć, żeby być wypoczętym, kiedy stanę na linii startu.

START:
Pobudka, godzina 6:30, na śniadanie 2 bułki z dżemem i 2 banany oraz mocna kawa, która od razu pobudziła żołądek do działania.
Po śniadaniu czas na suplementy, czyli BCAA i kreatyna, magnez, stoperan i mój Letrox (tak, jestem chory na niedoczynność tarczycy).
Do depozytu zapakowałem butelkę wody, cole, świeży rashguard Nike, mini ręcznik i banany.
Z domu wyszedłem około godziny 8:15, bo do startu miałem naprawdę bardzo blisko.
15 minut później zameldowałem się przy Karczma u Polowacy, oddałem depozyt i wypiłem ciepła herbatę, w oczekiwaniu na start zauważyłem znajomą i po chwili już sobie rozmawialiśmy, byli też ludzie z Drużyny Szpiku, których tam poznałem.

Rozłożyłem kije, jeszcze chwilką i lecimy.
Zaczęło się odliczanie, odliczanie do mojego debiutu w górach, nie czułem stresu, wręcz przeciwnie, cieszyłem się jak dziecko, że mogę uczestniczyć w tym biegu, wiedziałem, że nie będzie łatwo, ale to nie znaczy, że trzeba rezygnować z takich wydarzeń.
Wybiła godzina dziewiąta, czas troszkę poprzebierać girkami, wystartowaliśmy.

TRASA:
Trasa to pętla o długości ponad 43 kilometrów z wzrostem wysokości około 2000 metrów, trasa urozmaicona jeżeli chodzi o podłoże, był śnieg, asfalt, błoto, trawa, kamienie, chyba wszystkie rodzaje podłoża jakie można sobie wyobrazić, ale już wracając do trasy...
Pierwszy kilometr biegliśmy nad Grajcarkiem, dość płaski odcinek, tutaj wszyscy jeszcze byli uśmiechnięci, rozmawiali, żartowali sobie.
Od drugiego kilometra zaczął się podbieg, niektórzy zawodnicy biegli pod te górkę, ale ja przypominając sobie słowa Marcina Świerca, który powiedział, żebyśmy na początku nie stracili zbyt dużo sił, bo zabraknie mocy na końcówkę biegu, wziąłem sobie te słowa do serca i podchodziłem pod te stromiznę asekurując się kijkami.

W tym czasie musiałem zdjąć buffa, bo czułem, że się już przegrzewam, chwilowo pomyślałem, że za grubo się ubrałem, ale potem okazało się, że było idealnie.
Im wyżej się wspinaliśmy, tym powietrze było coraz cięższe i wilgoć osiadała na kurtce.
Czasami z nieba coś kapało, ale nie było to bardzo uciążliwe.
Na czwartym kilometrze, na wysokości około 800 m n.p.m. czyli około 350 metrów wyżej od startu teren się wypłaszczył na około kilometr, potem znów pod górkę, było coraz więcej śniegu.

W połowie siódmego kilometra byliśmy już na wysokości około 1000 m n.p.m. a zaraz potem czekał nas zbieg.
Kiedy miałem czas na nagrywanie lub zdjęcia robiłem to, robiłem tylko wtedy kiedy było jakieś podejście, wtedy bez problemu poradziłem sobie z obsługą telefonu.
Podziwiałem widoki, na razie widoki coraz bardziej mlecznego, białego lasu, w którym ścieżki jakimi biegliśmy miały szerokość około 50 centymetrów, ciężko było wyprzedzać, ale jakoś na zbiegach właśnie mi się to udawało.
Przed dziesiątym kilometrem czekała na nas dość spora górka, bo na 1500 metrów jej wzniosłość wynosiła około 300 metrów, troszkę się namęczyłem z tym podejściem, ale jakoś poszło.

W pewnym momencie zachwiało moją równowaga i nastąpiłem na leżąca po prawej stronie usypana hałdę śniegu, nie wiedziałem, ze pod nią jest przepaść i zsunąłem się w dół góry, zjeżdżałem, ale na szczęście mój jeszcze świeży rozsądek kazał wbić mi kije w podłoże, zatrzymałem się jakieś 3 metry od ścieżki, wdrapałem się z powrotem i znowu byłem na szlaku.
Śnieg padał coraz mocniej, zacinał lekko w twarz, ale taki klimat mi się bardzo podobał, byłem zachwycony.
Przed czternastym kilometrem czekał na nas pierwszy punkt żywieniowy, mieścił się on na Schronisko na Przehybie, na punkcie mogliśmy częstować się bananami, pomarańczami, czekoladą, suszonymi owocami, krakersami i płynami.
Panowała tam świetna atmosfera, wszyscy uśmiechnięci, jeszcze nie było widać oznak zmęczenia.
Po kilku minutach ruszyłem dalej w trasę, bo zacząłem już odczuwać zimno, niestety organizm bardzo szybko wyziębia się podczas postoju.
Kierowaliśmy się na najwyższy punkt tego biegu, czyli na Radziejowa, która była położona na wysokości ponad 1268 m n.p.m.

Było coraz chłodniej, ale to normalne w górach, na dole ciepło, na górze zimno.
Przed dziewiętnastym kilometrem była Radziejowa, tutaj spotkałem Waldka, znajomego, przywitaliśmy i w dalszą część trasy ruszyliśmy razem rozmawiając ze sobą jeżeli była taka możliwość.
Waldek nauczył mnie jak zbiegać jak pro zawodnik, mówił tylko puszczaj się swobodnie, długie kroki i lecimy, no to tak zrobiłem, ale ta prędkość mnie przerażała, jeden zły ruch i po mnie, na szczęście byłem bardzo skupiony na tym gdzie kładę stopę i nic się nie przytrafiło, a teraz patrząc na wykres tempa widzę, że średnie tempo z Waldkiem na zbiegach wynosiło około 3:30 min/km.
Podczas zbiegania wyprzedzaliśmy zawodników, przy naszym tempie zbiegania, oni wyglądali jakby stali w miejscu.
Przed 24 kilometrem czekał na nas kolejny punkt odżywczy, tym razem mieścił się przy Bacówka na Obidzy, a tam oprócz takiego zestawu jedzenia jaki mieliśmy na poprzednim punkcie była zupa, kanapki, pieczone ziemniaki, ale ja tylko zjadłem pół banana, napełniłem bidony i ruszyłem dalej w tę już błotnistą trasę.

Błota już była gigantyczna ilość, stopy zapadały się po same kostki, a w pewnym momencie zgubił bym but.
Kijki bardzo dobrze asekurowały od wywrotki, bo ciężko było ustabilizować bieg, a nawet chód.
Do 29 kilometra trasa była dość płaska, ale rozwinąć jakąś prędkość było ciężko z powodu tego błota, śniegu było coraz mniej, a strumyczki wody z topniejącego śniegu chlapały pod butami.
Na 29 kilometrze było kolejne podejście, na 700 metrów, podejście miało 150 metrów, więc było co robić, ręce już odczuwały i to bardzo mocno zapieranie się na kijach, łokcie mega uciskały, ale trzeba było przetrwać do końca.
A i warto wspomnieć, że od punktu biegliśmy już na granicy Słowackiej, minęliśmy Wierchliczke, Smerekowa i Wysoką to właśnie tu było wspomniane wcześniej podejście.
Wybił 34 kilometr, zbieg po błotnistej trawie, ciężko się zatrzymać, ale jakoś wyhamowałem przed kolejnym punktem odżywczym, Schronisko Pod Durbaszką, tam zjadłem kolejną połówkę banana, napiłem się coli, uzupełniłem softflask izotonikiem i ruszyłem dalej.

Przed chwilą zbiegałem, to teraz trzeba z powrotem podejść po tę górkę.
Tutaj trasa się wypłaszcza i jest coraz więcej zbiegania, niestety na 36 kilometrze przez moją nieuwagę poślizgnąłem się na błocie i zjechałem na nim lekko w dół, niestety lewy bok miałem cały w błocie, ale na szczęście troszkę odpadło z upływem kilometrów.

Na końcówce czekały na nas jeszcze 3 może 4 mocne podejścia, krótkie, ale bardzo strome, jedno podejście było dość przerażające, ponieważ wchodziło się skałkami na dość duża wysokość, a schodziło zaraz po drugiej stronie, na linie, tak bez tej liny byłoby ciężko, a było to przy Łaznych Skałach.
Końcówka biegu to fajnie zakręcony zbieg po wodzie i błocie, na szczęście to błoto nie było już śliskie.
Wolontariusze wskazywali drogę do mety, znów znalazłem się nad Grajcarkiem, wzruszyłem się troszkę, słyszałem kibiców, słyszałem konferansjera i muzykę, prawie się popłakałem, że właśnie ukończyłem swój pierwszy maraton górski.


META:
Na metę wpadłem z uśmiechem na twarzy, nie byłem zmęczony, nie odczuwałem żadnego bólu i wtedy zrozumiałem, że nawet dałbym radę przebiec skróconego Niepokornego Mnicha, ale nie można porywać się z motyka na słońce.
Na mecie otrzymałem wspaniały medal i gratulacje od wolontariuszy.

Chwilkę później odebrałem swój depozyt i spotkałem Waldka, poszliśmy razem do karczmy u Polowacy i zjedliśmy makaron popijając piwem.

Rozmawialiśmy jeszcze przez kilka minut po czym się pożegnaliśmy i udaliśmy się w swoim kierunku.

PODSUMOWUJĄC, bieg był naprawdę trudny, a przyznają to chyba wszyscy zawodnicy, trasa oznaczona genialnie, nie było możliwości, aby się zgubić, punktu odżywcze genialnie zaopatrzone, obsługa bardzo miła, pomocna, wszystko było zorganizowane na najwyższym poziomie, po prostu luksus.
Najbardziej nie podobało mi się to jak zawodnicy śmiecili na trasie, no kurde byłem mega poirytowany, kiedy zobaczyłem kubeczki, opakowania po zelach tuż za punktami odżywczymi, gdzie można było to tam skonsumować i wyrzucić, no ale zdarzyli się tacy, którzy mają to gdzieś, przykro bardzo z tego powodu.
Na pewno wrócę w to miejsce jeszcze nie raz, na pewno latem i przebiegnę treningowo tras wielkiej Prehyby, na pewno będzie można mnie zobaczyć na następnej edycji i nie ważne czy będzie błoto, czy tez deszcz, pokochałem góry i nic mnie nie zatrzyma przed powrotem.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Test zegarka XIAOMI AMAZFIT PACE

WINTER ULTRA TRAIL MAŁOPOLSKA 2017

Ból w pachwinie