czwartek, 18 maja 2017

GWiNT Ultra Cross 110 km

G W i N T Ultra Cross
GWiNT Ultra Cross
DRUŻYNA SZPIKU

DYSTANS: 112,27 km
CZAS NETTO: 14g:04m:12s
ŚR. TEMPO: 7:30 min/km
MIEJSCE OPEN: 22/91
MIEJSCE M: 20/71
MIEJSCE M30: 7/28
SPRZĘT: Brooks Running Cascadia 6 i Mizuno Running Wave Sayonara 2

https://connect.garmin.com/modern/activity/1732142755

WYNIKI: http://www.ultragwint.pl/Image/files/NormalGWiNT%20mc.pdf

To było moje drugie podejście do startu na dystansie 110 km, stres był przeogromny, ale bez walki nie ma zwycięstwa.
Dzień przed wyjazdem odwiedziłem sklep TRIATHLONISTA.com i kupiłem niezbędne specyfiki, które pomogły mi podczas biegu.
Do Wolsztyna pojechałem z Iras Ireneusz i Michał Szki w piątek po godzinie piętnastej, na miejsce dotarliśmy około godziny siedemnastej i od razu udaliśmy się po odbiór pakietów.


ODBIÓR PAKIETÓW:
Biuro zawodów znajdowało się w Falapark przy ulicy Poznańskiej 1.
W pakiecie startowym otrzymaliśmy:
-numer startowy z chipem
-bluza polarowa z wyszywanym nadrukiem nazwy zawodów
Po odebraniu pakietów postanowiliśmy iść na pizze do pobliskiej knajpki, która nosiła nazwę "Mafia", ja oczywiście zjadłem całą czterdziestkę wegetariańską.

Po napełnieniu żołądków poszliśmy zająć sobie miejsce na sali gimnastycznej w pobliskiej szkole, tam zaczęliśmy się pakować do startu.
W moim wyposażeniu było:
-plecak Grivel 12 l
-opaski kompresyjne na łydki Compressport Polska
-opaski kompresyjne na uda ROYAL BAY Polska (pożyczone od Piotr Myślak)
-buty Brooks Cascadia 6
-buty Mizuno Wave Sayonara 2 (przepak)
-8 żeli HIGH5 Sports Nutrition
-4 żele Honey Stinger
-4 shoty magnezowe ALE - Active Life Energy
-2 batony energetyczne Squeezy Polska
-folia NRC
-latarka czołowa
-2 softflaski Aonijie Polska
-bukłak, a w nim 1,5 L wody z odżywkami
Wszystko to miało swoją wagę, aż lekko się przeraziłem, że będę musiał z tym tak długo biec.
Godzina była późna, a tu trzeba jeszcze się wyspać, ale na sali wypełnionej biegaczami nie jest to łatwe, ja niestety potrzebuje całkowitej ciszy, aby móc zasnąć.

Zegarki obudziły nas około pierwszej w nocy, przed wyjściem do biura zawodów, gdzie czekały na nas autokary, które zawieźć miały nas na start, trwały kolejne przygotowania do tego morderczego dystansu, ja oczywiście, jak zawsze mięśnie nóg smaruje moja mieszanką maści przeciwbólowych i przeciwzapalnych.
Spakowaliśmy nasze rzeczy oprócz materacy i zanieśliśmy do auta.


START:
Do biura zawodów dotarliśmy około godziny 1:30, a tam wysłuchaliśmy informacji przedstartowych, czyli odprawa.

Napiłem się kawy, ale nie rozbudziła mnie niestety, a kilka chwil wcześniej zjadłem jeszcze makaron, który przygotowałem sobie w domu.
Wyszliśmy z biura udając się do autokarów, które zawiozły nas na start, a linia startu znajdowała się w Nowym Tomyślu.

Jadąc tą ciemnią zastanawiałem się po co ja to robię, kurcze przecież będzie bolało, będzie ciężko i na dodatek za to płacę, coś dziwnego siedzi w każdej głowie ultramaratończyka, coś co daje wiarę w siebie, a jednocześnie przytłacza ogromem tego wydarzenia.
Na szczęście miałem gigantyczną pomoc psychologiczna od Ola, która odwaliła kawał dobrej roboty, która kopała w tyłek, żebym znalazł się na linii startu i nie pozwoliła na poddanie się mojej głowy.
Dotarliśmy do nowego Tomyśla, tam zrobiliśmy kilka fotek, mieliśmy zdjęcie grupowe i zaczęło się odliczanie do startu, punkt 3:00 wystartowaliśmy na trasę o długości około 110 kilometrów.


TRASA:
Trasa to nie pętla, a bieg z punktu A do punktu B, biegnąca z Nowego Tomyśla, przez Grodzisk Wielkopolski, a kończąca się w Wolsztynie, trasa o bardzo zróżnicowanym terenie, biegliśmy po piasku (który był chyba najgorszą nawierzchnia), asfalcie, miękkich ścieżkach leśnych, kocich łbach, trawie nasiąkniętej wodą itd
Trasa pofałdowana, aż po mocne podbiegi i strome podejścia.
Pierwsze dwa kilometry po starcie to bieg po asfalcie, wtedy najmocniej doskwierała mi moja kontuzja, bo była jeszcze nie rozbiegana (ból minął po około 20 kilometrach), kulałem lekko na lewą stronę i bałem się, że to będzie powodem mojej decyzji o zejściu z trasy.

Przez te pierwsze kilometry prowadziła nas policyjna eskorta, aż do zakrętu w lewo, gdzie wbiegliśmy już w las, podłoże było mocno piaszczyste, było ciemno, tak ciemno, że jeżeli wszyscy wyłączyliby czołówki to zapadła by ciemność, oplatająca nas czerń, jakby ktoś zalał nam oczy smołą.
Mijałem powoli kolejnych zawodników i kolejnych, mimo bólu, aż w końcu dołączyłem do małej grupki biegaczy, a ich tempo odpowiadało mojemu.
Nierówny teren powodował obciążenia stawu skokowego, z każdym krokiem trzeba było uważać, gdzie stawia się kolejny krok.
Tętno miałem dość wysokie, to pewnie z powodu bólu i bardzo wysokiej koncentracji z uwagi na ciemność.
Mijaliśmy pola, lasy, a w oddali było widać kolejne oznaczenia trasy, które świeciły w ciemności, odblaski na taśmach dawały radę.
Po kilku kilometrach odłączyłem się od grupy i pobiegłem już sam, niestety zwolnili tempo biegu, a to mi nie pasowało, w oddali widziałem kolejną grupę biegaczy, byli około siedemset metrów przede mną, więc zacząłem lekki pościg, aby dogonić ich przed pierwszym punktem odżywczym, po kilkunastu minutach byłem już za nimi, a chwilę później już przed.
Kolejna grupa była także kilkaset metrów przede mną, ale nie goniłem ich, bo za chwilę był punkt odżywczy w Wąsowie, był to szesnasty kilometr biegu.
Na punkcie szybko zjadłem banana oraz napiłem się Coli, sędziowie spisali numer startowy, a ja pobiegłem dalej, wybiegłem szybciej od grupy, którą goniłem, więc zyskałem kilka pozycji, byłem teraz bodajże na drugim miejscu.
Widziałem, że za mną wystartował również kolega z Night Runners, zaczekałem chwilę na niego i biegliśmy przez kolejne kilometry razem.
Powoli następował wschód słońca, wtedy biegliśmy przy autostradzie, kiedy mijały nas TIRY, to kierowcy używali klaksonu, pewnie nie wiedzieli, że odbywają się jakieś zawody, tylko, że jacyś idioci, biegają po lasach i polach przed piąta rano przy Autostradzie Wolności.
Chwilę później byliśmy znów w lesie, było coraz widniej, biegło się bardziej komfortowo, lecz moje nogi zaczęły puchnąć, zacząłem odczuwać ból, duży ból mięśni, nie wiedziałem co się dzieje, coś było nie tak, zacząłem to ignorować, ale nogi były coraz cięższe, byłem zdziwiony tym faktem, bo przecież za mną dopiero 20 kilometrów, no ale nic, biec trzeba było.
Na 28 kilometrze mijaliśmy Dąbrowę, wszyscy chyba jeszcze spali, a ja wtedy zażyłem pierwszy żel, popiłem izotonikiem i pobiegłem dalej, organizm przyjął go z lekkością, ale nie odczułem napływu mocy.
Od 30 kilometra zaczęły się podbiegi i podejścia, krótkie, ale strome, tak jak przewidywałem, byłem na to przygotowany, ale nie na to, że te podbiegi będą tak piaszczyste, że noga zapadała się po kostki, a do butów wsypywał się piasek.
32 kilometr, kolejny punkt odżywczy, tutaj napełniłem na nowo swoje softflaski izotonikiem z baniaków, napiłem się Coli i przyjąłem pierwszy magnez.
W tym czasie odczytywałem smsy od Oli, tak bardzo motywowały do dalszej rywalizacji , a przechodziłem wtedy mały kryzys, wola walki zmalała, ale słowa odczytane ze smartphona od razu rozjaśniły umysł i wybiegłem z punktu odliczając kolejne kilometry do kolejnego punktu.
Trzy kilometry po wyjściu z punktu zacząłem odczuwać niepokojące sygnały z żołądka, zaczęło dziać się coś dziwnego, na kolejnym kilometrze musiałem zwolnić tempo, zwolnić tak mocno, że, aż stanąłem w miejscu i zwymiotowałem, byłem przerażony, nie wiedziałem co się dzieje, dostałem bardzo ciężkich oczu, jakbym miał zaraz zasnąć, ale zacząłem sobie wmawiać, że to co było przed chwilą nie miało miejsca, napiłem się izotoniku i biegłem dalej.
Na 39 kilometrze kolejny postój, tym razem żołądek wysłał wiadomość w inne miejsce, musiałem lecieć w głąb lasu, widziałem jak zawodnicy, których wcześniej mijałem, zaczęli przemieszczać się do przodu, a ja tylko traciłem pozycję.
Biegłem, człapałem z bólu żołądka, chciałem się poddać, ale te decyzję zostawiłem sobie na przepak, no chyba, że będzie tak źle, że będę musiał skończyć wcześniej.
46 kilometr, a ja znów ląduje w lesie, wymioty, rozwolnienie.
Na około 48 kilometrze zadzwoniła do mnie Ola, powiedziałem, że jest źle, nie mówiłem jak bardzo, a było okrutnie, tak ciężkiego biegu jeszcze w życiu nie miałem, a do mety było jeszcze tyle kilometrów.

Ola zaczęła mi mówić takie rzeczy, że zaraz się obudziłem, jakoś zapomniałem o bólu na chwilę, a na twarzy pojawił się uśmiech, pobiegłem dalej, a na wykresie tempa widać jak mi to pomogło, bo od razu tempo po tych mocniejszych podbiegach wzrosło i tak już bez zatrzymywania dobiegłem do 55 kilometra, gdzie mieścił się przepak, czyli w Grodzisku Wielkopolskim, w Zdroju.

Wbiegając na przepak, od razu poinformowałem jednego z organizatorów, że mam gigantyczne problemy z żołądkiem, po czym pobiegł do kuchni i przyniósł mi miętową herbatę i rosół, powiedział, że to mi może pomóc.
Ja w tym czasie zacząłem się przebierać w czystą odzież i obuwie, umyłem twarz i zjadłem dodatkowo batona energetycznego Squeezy, uzupełniłem softflaski izotonikiem i zjadłem banana oraz pomarańcze.

Odczytałem wiadomości z Facebooka i komentarze, dziękuję wszystkim za to wsparcie.
Na przepaku spędziłem około 25 minut.
Odświeżony pobiegłem dalej, energia wróciła, żołądek wydawał się być ok, biegłem już w tempie mocno obniżonym, nie chciałem nawet przyspieszać, choć nieświadomie biegłem coraz szybciej, ale w pewnym momencie znów odezwały się problemy, takie, że od razu wylądowałem w lesie i wymiotowałem, było to chyba na 66 kilometrze, dwa kilometry dalej znów las, było ciężko, chciałem wyciągnąć z plecaka folię NRC, położyć się gdzieś obok, zadzwonić i czekać na przyjazd ratowników, którzy odwiozą na linię mety, ale zacząłem czytać sobie w marszu smsy od Oli: "Podziwiam Cie! Zawsze to co dla nas najważniejsze jest trudne do zdobycia. I wiele nas kosztuje osiągniecie tego. Ale jesteś silny. Jesteś wojownikiem! Wygrasz to!!", więc walczyłem dalej i choć podbiegów było coraz więcej to takimi wiadomościami jak ta wyżej, wygrywałem z nimi, przy każdym kryzysie powtarzałem sobie słowa, które Ola wysyłała mi w wiadomościach, to dawało siłę i choć już biegłem systemem 800/200, czyli 800 metrów biegu i 200 marszu to pokonywałem kolejne kilometry.
Kolejny punkt odżywczy był w Gninie na 64 kilometrze, tam przywitała mnie dziewczyna grająca na trąbce chyba, wraz z innymi wolontariuszami, a właśnie na tym punkcie oni dawali z siebie wszystko, za co bardzo dziękuję, ja sobie siedziałem na fotelu, a wolontariusze odwalili za mnie cała robotę, uzupełnili softflaski izotonikiem i przede wszystkim rozmawiali ze mną, a powiem, że taka rozmowa bardzo dobrze działa na głowę, zjadłem banana i żel Honey Stinger i ruszyłem w trasę dalej kierując się do Rakoniewic, które były oddalone o 13 kilometrów.
Wbiegłem w las, widziałem przede mną kilku zawodników, na szczęście trasę miałem wgrana w Garmina, a on poinformował mnie, że zszedłem z trasy, rzeczywiście, nie prowadziła ona tam, gdzie biegnie ta dwójka przede mną, zagwizdałem do nich i zacząłem krzyczeć, że źle biegną, na szczęście usłyszeli mnie i zwrócili na odpowiednią trasę, było to dokładnie na 70 kilometrze.

Po 73 kilometrze troszkę przyspieszyłem, ale żołądek nie pozwolił na taki bieg, od razu pojawiły się wymioty, przede mną widziałem jak biegnie Vegenerat Biegowy z kompanem, tuż przed Rakoniewicami wyprzedziłem ich, byli w niezłej formie, a biegli przecież na 100 mil (160 km), to dopiero jest sponiewieranie organizmu.
Z lasu wybiegłem na chodnik, po lewej stronie miałem Biedronkę, aż chciało się do niej wejść i kupić piwo lub inny wspomagacz, ale zasada fair play na to mi nie pozwoliła, w końcu w regulaminie jest napisane, że wspomagać można się jedynie na punktach odżywczych. Pobiegłem dalej kierując się oznaczeniami, ludzie patrzyli ze zdziwieniem.
Dotarłem do Rakoniewic, mój 77 kilometr biegu, tutaj uzupełniłem płyny, znów napiłem się Coli i zażyłem shota z magnezu.
Czas jak spędziłem w Rakoniewicach to około 12 minut, tutaj znów zjadłem banana i o ile dobrze pamiętam to żółty ser. Usiadłem na ławkę, wyciągnąłem telefon i znów odczytywałem wiadomości od Oli, które podnosiły na duchu, a jeszcze bardziej to, że czeka na mecie, tak, to, że tam jest dawało mi wiarę w siebie, oraz to, że muszę dotrwać do końca choćby nie wiem co, bo ona tam czeka, specjalnie przyjechała, żeby mnie wspierać.
Ruszyłem dalej na 80 kilometrze znów las, podbiegi, teren bardzo mocno pofałdowany, raz z górki, raz pod górkę, ale każdy podbieg robiłem marszem, kolejny postój zaliczony na 87 kilometrze, gdzie znów pogoniło mnie do lasu, cała żywność przeze mnie przelatywała, byłem pusty, głodny i coraz bardziej odwodniony, było bardzo źle, człapałem do mety, to już był właściwie marsz a nie bieg, nie było opcji na dłuższy odcinek biegu niż 500 metrów, płakałem z bólu i wyczerpania, tak niewiele zostało, a ja zaczynałem się poddawać, znów telefon został wyciągnięty z plecaka, czytałem sobie wiadomości, łzy leciały z oczu.
Chwilę później ogarnąłem głowę, zacząłem bić się po udach, kurcze nogi miałem w doskonałej formie, nie odczuwałem już żadnego bólu, tylko ten żołądek i ta głowa.
83 kilometr, wybiegłem na asfalt, nagle jakiś biegacz (100 mil) biegnie w przeciwną stronę, pytam się mu dlaczego, a on na to, że tak prowadzi trasa, ja odpowiadam, że nie, w drugą stronę ma biec, pokazałem mu mapę w zegarku i pobiegł ze mną, potem podziękował.
Dziwna sytuacja tam była, bo najprawdopodobniej była źle oznaczona trasa, sam na własne oczy widziałem jak ktoś z organizacji przekładał taśmy na dobrą trasę, która była według mapy, ten biegacz mógł biec dobrze po wyznaczonej trasie, lecz nie po trasie jaką dostaliśmy od organizatora.
Robiło się coraz gorącej, na 87 kilometrze duże, rozległe pola, słońce grzeje jak palnik, nie biegłem wtedy, wtedy nagrywałem wideo i czytałem wiadomości sms od Oli, które dawały nadzieję.

Chwilę później, kiedy znów znalazłem się w lesie kolejny raz musiałem lecieć w głąb, byłem już tak pusty i odwodniony, że zaczęło mi się kręcić w głowie, oczy się zamykały, a umysł płatał figle, miałem chwilowe przewidzenia, niby coś widziałem w lesie, a jednak tego nie było, co jakiś czas starałem się popijać woda z minerałami i witaminami, która miałem w bukłaku, ale chyba wszystko wylatywało drugą stroną.
Na ścieżce mnóstwo mrówek, przy ścieżkach mnóstwo mrowisk, które aż szeleszczaly jak obok nich się przechodziło, mnóstwo węży na drodze, takich ilości mrówek oraz węży ja w życiu nie widziałem.
Powoli zbliżałem się do ostatniego już punktu odżywczego na trasie, a mieścił się on w Głodnie na 96 kilometrze trasy, tutaj wolontariusze także dali popis, wszystko zrobili za mnie, świetnie zorganizowani, po prostu tacy wolontariusze to skarb.
Kolejny banan, kolejny kubek Coli i napełnianie przez wolontariuszy softflaskow, do mety zostało 17 kilometrów, 17 kilometrów na 660 ml płynu, tutaj liczyło się dobre zarządzanie płynami, dlatego wzrosło moje tempo biegu, chciałem to jak najszybciej skończyć, chociaż podbiegi były lżejsze to i tak pod nie podchodziłem, ale pokonywałem szybciej odcinki płaskie
Setka za mną, zostało około 11 kilometrów, czas jaki uzyskam na mecie to około 14 godzin, tak wyliczył mi Garmin, przez co wiedziałem co napisać Oli, że będę około godziny siedemnastej na mecie.
Kilometry mijały, mijały coraz wolniej, dłużyło się to wszystko bardzo.
Na 107 kilometrze w Nowym Młynie, pomyliliśmy trasy, ale Garmin był czujny, wróciłem się z innymi zawodnikami i ruszyliśmy w głąb lasu, wąskimi ścieżkami, po błocie.
109 kilometr i już widziałem jezioro Wolsztyńskie, lecz te ostatnie dwa kilometry biegło się jak dziesięć, nie było końca, ale na szczęście wkroczyłem na teren parku tuż przed metą, wypiłem ostatnie dwa łyki izotoniku, które mi zostały i ruszyłem w kierunku odgłosów zza linii mety.
Na ostatniej prostej dużo kibiców, łzy napłynęły mi do oczu, na szczęście miałem okulary, dostałem mocy w nogach, byłem szczęśliwy, tak lekko mi się biegło, meta.


META:
Po przebiegnięciu przez linie mety, ludzie klaskali, uśmiechali się, znajomy od razu dał mi piwo, które wypiłem do połowy duszkiem, a największym szczęściem była Ola, czekała tam na mnie, niestety nie wiedziałem jak podziękować za to wszystko, byłem jeszcze w innym świecie, nieprzytomny, ale szczęśliwy.
Otrzymałem wspaniały medal, który dedykuję oczywiście Oli, za wsparcie jakiego mi udzieliła, niesamowite jest to, że słowa potrafią czynić cuda, gdyby nie Ola, to zszedł bym z trasy na przepaku.
Był także poczęstunek, z którego nie skorzystałem, niestety nie byłem w stanie nic zjeść po biegu, nie jadłem jeszcze przez bardzo długi czas i do dziś mam spore problemy z żołądkiem.


PODSUMOWUJĄC:
Bieg zorganizowany na bardzo wysokim poziomie, wszystko zapięte na ostatni guzik, trasa oznaczona znakomicie, a to, że ktoś gdzieś się zgubił to tylko wina zawodnika.
Najbardziej zastanawiające jest to, że bardzo, bardzo duża liczba zawodników miała problemy żołądkowe, nie mogę tutaj obwiniać organizacji za efekty jaki mi się przytrafiły.
Moja propozycja, aby następnym razem izotoniki i woda były w oryginalnych opakowaniach i żeby izotonik nie był rozpuszczalny w wodzie, a gotowy do spożycia typu butelka 4move lub innej firmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz