niedziela, 9 lipca 2017

9 ULTRA Maraton Karkonoski

DRUŻYNA SZPIKU
Maraton Karkonoski
9 PZU Maraton Karkonoski (ULTRA i Półmaraton) Zapisy zakończone
Compressport Polska
Compressport
ROYAL BAY Polska
Grivel
Aonijie Polska
ASICS
ZONE3 Polska

DYSTANS: 52 km
CZAS NETTO: 6g:24m:36s
ŚR. TEMPO: 7:23 min/km
MIEJSCE OPEN: 53/435
MIEJSCE M: 49/369
MIEJSCE M30: 16/124

SPRZĘT: Kalenji Running Kalenji Poland Kiprun XT6

https://connect.garmin.com/modern/activity/1828769873
https://www.endomondo.com/users/5153580/workouts/954064825

WYNIKI: http://wyniki.datasport.pl/results2229/

Siemka, minął już ponad tydzień od ostatnich zawodów, tak więc trzeba zrobić krótką relację z wyjazdu do Szklarskiej Poręby.
Wybraliśmy się tam samochodem z Olą, Piotrem i Januszem, podróż trwała kilka godzin, a my nie mogliśmy się już doczekać startu, który miał odbyć się kolejnego dnia rano.

Do Szklarskiej Poręby dotarliśmy około godziny czternastej, Piotra i Janusza zawieźliśmy pod ich dom, gdzie mieli wynajęty pokój, następnie ja i Ola udaliśmy się do swoich kwater w Villa Grace.
Po rozpakowaniu swoich rzeczy i przygotowaniu do biegu udaliśmy się w końcu na obiad do karczmy Stary Winkiel, gdzie zjedliśmy pyszne posiłki.
Z karczmy poszliśmy do biura zawodów po pakiety.

ODBIÓR PAKIETÓW:
Biuro zawodów znajdowało się przy dolnej stacji wyciągu na Szrenicę, troszkę jeszcze musieliśmy poczekać ponieważ przyszliśmy przez czasem.
Kiedy biuro zostało otwarte udaliśmy się do stolików, przy których były określone numery startowe, przy kolejnym stoliku odebraliśmy wcześniej zamówione koszulki pamiątkowe.
W pakiecie znajdowało się:
-numer startowy z chipem
-daszek biegowy
-kubek silikonowy składany
-koszulka PZU
Wszystko zapakowane było w worek.
Kiedy pakiety mieliśmy już w swoich rękach, poszliśmy do kwater szybko się ogarnąć, bo na godzinę dwudziestą startowaliśmy jeszcze w darmowym biegu kolacyjnym na dystansie 2,2 km, i przewyższeniu 84 m, to było takie małe roztruchtanie przed startem głównym.
Po biegu poszliśmy do karczmy Karczma Stary Winkiel, gdzie degustowaliśmy czeskie piwo, a w tym czasie dołączył do nas Jurek.

Pogaduchom nie było końca, ale trzeba przecież odpocząć po podróży i zapaść w upragniony sen,ale najpierw trzeba było przygotować wszystko co było potrzebne do porannego startu.

START:
Pobudka o godzinie 6, pyszna kawa oraz bułki z dżemem smakowały jak nigdy, pogoda za oknem była nie ciekawa, zapowiadało się deszczowo, a takie warunki bardzo nie sprzyjały bieganiu po skałach.
Około godziny siódmej wyjechaliśmy samochodem na start, było chłodno, z nieba leciała lekka mżawka, było szaro, ale gdzieś tam w oddali widzieliśmy słońce, które czasami przebijało się przez chmury, byliśmy dobrej myśli.
Na linii startu spotkaliśmy kilku znajomych, oczywiście nie obyło się bez wspólnych zdjęć.


Dokładnie o godzinie ósmej wystartowaliśmy.

TRASA:
Trasa biegu prowadzi grzbietem Karkonoszy, dystans z którym się zmierzyłem to 52 kilometry ze wzrostem wysokości około 2300 metrów i właśnie to przewyższenie najbardziej mnie martwiło, nie widziałem czy moje mięśnie wytrzymają takie obciążenie.
Pierwsze 6,5 kilometra trasy to podejście nartostradą Puchatek pod schronisko pod Łabskim Szczytem, gdzie wzrost wysokości liczył około 770 metrów, czyli już na samym początku trasa weryfikowała biegaczy, a przecież przed nami było jeszcze około 46 kilometrów biegu z licznymi podejściami.

Od samego początku biegłem z kijkami w rękach, używałem ich za każdym razem, nie czekałem, aż nogi się zmęczą, ale już od samego początku wspierałem się nimi.
Podejście było dość strome, ci najwytrwalsi robili to biegiem, ci mniej doświadczeni nie ryzykowali wypalenia się już na samym początku.
Pierwszy punk odżywczy ominąłem, bo nie używałem swoich zasobów wody i głodny też nie byłem.
Kiedy trasa się wypłaszczyła zaczęło się bieganie, po skałach, kamieniach, minąłem Śnieżne Kotły, czyli zbieganie po drodze usypanej ze skał na szerokość około dwóch metrów, z prawej wznoszące się kamienie, z lewej mocny spad, skały pod nogami ruszały się, z każdym krokiem trzeba było uważać.

Trasa była bardzo kamienna, w niektórych miejscach bałem się biec, żeby tylko wyjść z tego biegu cało, nie patrzyłem na tempo jakim biegnę, patrzyłem jedynie na czas, bo limit czasu dobiegu na Śnieżkę wynosił 3 godziny i 45 minut, po tym czasie zawodnik musiał zejść z trasy.
Kolejne kilometry okazały się dość łatwe, nie było dużych podejść.
W oddali widziałem już szczyt Śnieżki, ale przerażało mnie podejście.

Biegłem po szutrowej nawierzchni, porozmawiałem z innym biegaczem, następnie biegłem po pomostach, w których były dość szerokie szpary między deskami, bałem się, że utknie mi tam stopa i źle się to skończy, ale wszystko przebiegło dobrze i już widziałem Dom Śląski, a kiedy tam dobiegłem odłożyłem kijki i zjadłem banana, uzupełniłem wodę, napiłem się Coli i zjadłem baton energetyczny ENERVIT, a kolejne dwa wziąłem na trasę, straciłem kilkadziesiąt sekund, ale opłaciło się, bo wróciły siły, byłem jak nowy.
Odbiegając od punktu wypadły mi batony, na szczęście któryś z wolontariuszy to zauważył i podniósł je oraz przybiegł do mnie o wręczył mi do rąk za co bardzo dziękuję.
Przyszedł czas na podbicie Śnieżki, a było co robić, bo ja dystansie kilometra przewyższenie wyniosło około 190 metrów, kije były tu naprawdę potrzebne, na szczycie byłem po dokładnie dwóch godzinach i pięćdziesięciu minutach od startu, czyli całkiem nieźle jak na górski debiut ultra.
Podczas podejścia wiał bardzo mocny wiatr, czapkę musiałem trzymać w jednej ręce, żeby jej nie zwiało, turyści byli wyrozumiali i przepuszczali nas bez problemu.
Następne siedem kilometrów to łatwy odcinek, bo prawie cały czas był zbieg.
Wracając ze szczytu Śnieżki znów zahaczyłem o schronisko, a tam schowałem kije, bez których biegłem już do samego końca.
Wypiłem Cole, wziąłem batony i tabletki energetyczne.
30 kilometr to była dla mnie udręka i chyba dla większości uczestników tego wyścigu, wejście na Słonecznik, czyli dwa kilometry ze wzrostem wysokości około 340 metrów, myślałem, że to nigdy się nie skończy, tutaj akurat dostałem smsa od Oli, a zaraz potem zadzwoniłem, żeby porozmawiać, miałem czas, dużo czasu, to były chyba dwa najdłuższe kilometry tego biegu, ale widok na Wielki Staw bezcenny.
Kolejne kilometry to zbieganie z lekkimi podbiegami.

Na 37 kilometrze kolejny dwukilometrowy podbieg ze wzrostem wysokości około 220 metrów
Znów minąłem Śnieżne Kotły, Mokrą Przełęcz i skierowałem się do Schroniska pod Łabskim Szczytem, tam zjadłem banana i suszone brzoskwinie oraz uzupełniłem softflaski izotonikiem.
Ostatnie 9 kilometrów to właściwie zbieganie, ale na około 44 kilometrze zaczął padać deszcz, dość mocno, skały stały się śliskie, dużo czasu straciłem na bezpieczeństwo własnej osoby, ale wiedziałem, że już się nie poddam, wiedziałem, że ukończę ten bieg.

Biegłem przez mokre pomosty co chwilę mijając turystów, którzy dopingowali, aż uśmiech na ustach się pojawiał.
Na około sześć kilometrów przed metą spotkałem biegacza, z którym przez te całe kilometry sobie rozmawialiśmy zabiegając do mety, cieszyliśmy się, że złamiemy sześć i pół godziny.

Kilkadziesiąt metrów przed metą widzieliśmy dużą ilość kibiców, konferansjer po numerze startowym wyczytywał kto biegnie, Ola czekała na mnie na mecie, mieliśmy bramkę, ale czekała na nas krótka nawrotka i mikro podbieg pod metę i tak wspólnie z poznanym na trasie biegaczem przekroczyliśmy wspólnie metę z pełnym uśmiechem na twarzy.

META:
Po przekroczeniu mety otrzymałem piękny medal i gratuluję od Oli oraz wolontariuszy.
Byłem szczęśliwy, bardzo szczęśliwy.

Na mecie dostałem piwo i Cole, które ugasiły pragnienie, a. Ola przyniosła koc, na którym mogłem się położyć i odpocząć chwilę.
Chwilę później kibicowałem już moim znajomym, z którymi później wspólnie oblewaliśmy bieg w karczmie Stary Winkiel.

PODSUMOWUJĄC bieg zorganizowany genialnie i na pewno za rok wracam, ale tym razem będę biegł w następny dzień także półmaraton, żeby zdobyć statuetkę Ducha Gór.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz