wtorek, 15 sierpnia 2017

II ULTRA MAZURY U100 - 2017

II Ultra Mazury U100 - 2017

DYSTANS: 101,6 km
CZAS NETTO: 11g:17m:10s
ŚR. TEMPO: 6:40 min/km
MIEJSCE OPEN: 14/87
MIEJSCE M: 13/73
SPRZĘT: Kalenji Running Kalenji Poland Kiprun XT6




Ultra Mazury to impreza, na którą przyjeżdżać będę co roku, a decyzję o starcie w tegorocznej edycji podjąłem od razu po przebiegnięciu mety w poprzednim roku i wiedziałem już, że dystans z jakim się zmierzę, to ponad sto kilometrów.
Wiedziałem, że będzie trudno, wiedziałem dlatego, że w ciągu 1,5 miesiąca miałem trzy starty na dystansie ultra, najpierw Ultra Karkonoski, potem Gala Biegów Ultra i dwa tygodnie później Ultra Mazury.
Po GBU czułem się okropnie, ciężko było mi pogodzić się z porażką, bo założenie na ten bieg miałem takie, że stanę na pudle i wybiegam 70 km w ciągu 6 godzin, niestety ciało odmówiło posłuszeństwa.
Bałem się, bałem się tego, że bóle nie przejdą do startu na mazurach, chciałem nawet zrezygnować, lecz znajomi kopali mnie w tyłek i właściwie w ostatnich dniach postanowiłem pojechać na mazury i wystartować, ale... tutaj miałem dylemat, czy jednak przepisać się na 70 km, czy zostać przy setce, jak to ktoś kiedyś powiedział "po co się rozdrabniać", więc decyzja ostateczna zapadła na dwa dni przed startem, lecę na dystansie 100 kilometrów.

Wyjazd z Poznania wraz z Anią, Michałem i Piotrem był w piątek tuż po godzinie 4 w nocy, czemu tak wcześnie, bo chcieliśmy się odprężyć po podróży, porozmawiać o organizacji, dopytać się o szczegóły biegu, wolontariatu i pomóc troszkę.
Piątkowe popołudnie było gorące, bardzo gorące, przerażała mnie wizja dnia następnego, kiedy podam na twarz z wycieńczenia w tę gorączkę sobotniego dnia.
Po jakimś czasie dotarli do nas także Magda i Przemo, z którymi spędziliśmy resztę dnia na plaży resortu Hotel Anders**** Resort & SPA przy jeziorze Szeląg Mały.
Od godziny czternastej zaczęło się wydawanie pakietów, zawodnicy powoli zaczęli się schodzić.


ODBIÓR PAKIETÓW:
Pierwsze moje podejście po odbiór pakietu spotkało się z BANem, a dlaczego, a no dlatego, że nie miałem ze sobą wyposażenia obowiązkowego, a bez niego pakietu nie wydano.
Poszedłem do domku i wziąłem ze sobą całe wyposażenie obowiązkowe, a składało się ono z:
-Plecak
-Pojemnik/pojemniki (bidony lub bukłak) mieszczący min. 1 litr płynów
-Lampka czołówka z białym światłem
-Lampka sygnalizacyjna z czerwonym światłem przypięta na plecach
-Działający telefon komórkowy
-Folię NRC
-Mapę z trasą biegu (każdy z zawodników otrzymuje w pakiecie startowym)
-Chip do pomiaru czasu (każdy z zawodników otrzymuje w pakiecie startowym)
-Numer startowy (każdy z zawodników otrzymuje w pakiecie startowym)
-Własny kubek/pojemnik do napojów na punktach odżywczych
Po sprawdzeniu czy wszystko jest ok, otrzymałem pakiet startowy, koszulkę trzeba było odebrać ze stanowiska obok.
Wydawanie pakietów poszło bardzo sprawnie, wolontariusze wiedzieli co mają robić, widać było pełen profesjonalizm z ich strony.
W ramach wpisowego organizator zapewniał:
-start w zawodach, elektroniczny pomiar czasu oraz obsługę trasy
-okolicznościową koszulkę techniczną
-dostęp pryszniców i toalet przed i po starcie w zawodach
-numery startowe
-napoje i wyżywienie na trasie biegu
-posiłek regeneracyjny po zawodach (dla dystansu U100 i U70 będzie to ciepły posiłek)
-Garden Party
-zabezpieczenie medyczne
-obsługę sędziowską
-statuetki oraz nagrody rzeczowe dla najlepszych
-medale dla wszystkich zawodników, którzy ukończą bieg
-dostęp do strefy SPA (basen + sauny) Hotelu Anders**** (dla zawodników którzy ukończą dystans U100, U70)
-nocleg na salach konferencyjnych Hotelu Anders**** dla pierwszych 100 osób

Czas mijał, zbliżała się godzina 17, a właśnie o tej porze odbywała się odprawa dla zawodników, którą prowadził Kamil Leśniak wraz z Piotr Kaczmarek, omówili oni trasy, z którymi mieliśmy się zmierzyć, niebezpieczeństwa jaki nas czekają i co możemy znaleźć na punktach odżywczych.
W namiocie było bardzo duszno, gorąco, ciężko było wytrzymać, więc co chwila wychodziłem sobie na zewnątrz zaczerpnąć powietrza.
Po zakończeniu odprawy skierowaliśmy się na Pasta Party, a tu było naprawdę grubo, chyba nawet większa różnorodność posiłków niż w poprzedniej edycji.
Do wyboru kilka rodzajów makaronów, knedle, kilka rodzajów sałatek, zupy, kawa, herbata, coś niesamowitego, przypuszczam, że w żadnym biegu w Polsce nie ma takiej imprezy przedstartowej, dla wszystkich uczestników starczyło jedzenia, a jak wiadomo ultrasi jedzą za trzech przed startem, ja zjadłem dwa duże talerze pełne różnego rodzaju makaronów, i jeden talerz różnych sałatek, byłem pełen.
Wszystko było tak smaczne, że mógłbym tam siedzieć i jeść, i jeść, i jeść :-)

Minęła godzina 19, więc postanowiłem się pożegnać i wracać do pokoju, aby zażyć troszkę snu. Prysznic oraz tabletki nasenne zadziałały bardzo szybko, myślę, że już o godzinie 21 spałem, budzik nastawiłem sobie na godzinę 1:30, start biegu zaplanowany był na godzinę 3:00.


START:
Trzy budziki obudziły mnie ze snu, ciężko było wstać, więc od razu poszedłem do toalety umyć twarz zimną wodą, po ogarnięciu porannej toalety zacząłem przygotowywać się do startu.
Uda i łydki posmarowałem moim mixem maści przeciwbólowych i przeciwzapalnych, a potem założyłem na to kompresy, żeby na dłużej utrzymywały działanie, a po zmoczeniu, żeby na nowo się aktywowały.
Po smarowaniu zrobiło mi się strasznie zimno, myślałem, że na dworze jest tak niska temperatura, więc założyłem na siebie rashguard, a na niego jeszcze koszulkę, ale nadal trząsłem się z zimna.
Bukłak z woda miałem już uszykowany dzień wcześniej i leżał przez całą noc w lodówce, zapełniłem jeszcze softflaski i właściwie byłem już gotowy.
Na start wyszedłem o godzinie 2:30, spotkałem tam Anię i Piotra, którzy dodali mi otuchy na linii startu.
Ania powiedziała, że chyba za grubo się ubrałem, bo jest ciepło, wszyscy są na krótko, posłuchałem i ściągnąłem z siebie rashguard.
Byłem mega zestresowany, nie wiem jak się zachowywałem, ale pewnie dziwnie i jak ktoś do mnie mówił to pewnie byłem w innym świecie.
Zbliżała się godzina zero, ustawiłem się na starcie, zaczęło się odliczanie, równo o godzinie trzeciej w nocy wystartowaliśmy, a ulice i ścieżki rozświetliły nasze czołówki.


TRASA:
Trasa biegu U100 była różnorodna, był asfalt, były utwardzone ścieżki, były bezdroża, były kocie łby i piasek.
Start był bardzo szybki, pierwsze pół kilometra to asfalt z lekkim podbiegiem, a potem już wejście do lasu.
Tempo jakie narzuciła czołówka biegu było mordercze (przynajmniej dla mnie), nieraz osiągało tempo po 4:50 min/km, a ja założyłem, że cały czas będę biegł w tempie 6:00 min/km, no ale też w głowie pojawiło się, że jak teraz mogę, to sobie nadrobię przystanki itd.
Biegliśmy w świetle czołówek i czerwonych lampek na plecach, taśmy wyznaczające trasę były widoczne w nocy z bardzo daleka, ponieważ naklejono na nie odblaski.
Do 8 kilometra było trochę wzniesień, więc bieg wyglądał tak, że biegliśmy w górę, zaraz w dół i tak na okrągło, dopiero po ośmiu kilometrach trasa się uspokoiła i mogliśmy troszkę odpocząć.
Trzymałem się grupy, w której była pierwsza kobieta, trzymali fajne tempo, a moje tętno zaczęło uspokajać się dopiero po dziesiątym kilometrze.
Do pierwszego punktu od startu było około 27 kilometrów, był to także punkt przepakowy, gdzie można było zostawić zbędne rzeczy i wziąć te potrzebne na kolejne kilometry.
Biegnąc ciemnym lasem, kiedy spojrzałem w jego głąb widziałem tylko pary zielonych oczu zwierzaków, które kibicowały nam na trasie :-)
Przez pierwsze 27 kilometrów średnie tempo biegu wynosiło 5:30 min/km, zdecydowanie za szybko jak dla mnie, no ale co poradzić jak nogi chcą tak biec.
Obawiałem się późniejszych konsekwencji, że się wypale już na 1/3 biegu.
Przed pierwszym punktem (27 km) oderwałem się od grupy i biegłem stałym tempem, oni zwolnili, biegłem już sam, ale na szczęście nie musiałem uważać za bardzo na trasę, bo była oznaczona jak dla osób niedowidzących.
Na około 25 kilometrze mijałem jezioro Helgut, widziałem świeże ślady dzików, rozglądałem się czy czasem nie trafie bezpośrednio na nie, ale na szczęście były tylko przy jeziorze.
Na punkt kontrolno-przepakowy w Guzowym Piecu - Bajkowym Zakątku wbiegłem około godziny 5:30, zjadłem banana, uzupełniłem softflaski izotonikami, Ania zrobiła mi kilka fotek i poleciałem dalej, długo tam nie zostałem, bo około 5 minut.
Do kolejnego punktu miałem około 15 kilometrów, mieścił się on w Majdach.
Kiedy biegłem do drugiego punktu zaczęło wschodzić słońce, piękny, pomarańczowy okrąg zaczął wznosić się ponad korony drzew i tu zaczęły się moje obawy dotyczące wysokiej temperatury, która mogła powalić niejednego zawodnika, ale na szczęście na niebie zaczęły kłębić się chmury, z godziny na godzinę coraz więcej, chociaż słońce czasem wyglądało zza nich to nie miało to większego znaczenia na bieg.
Najgorzej było kiedy biegło się na otwartym terenie, było duszno, co innego w lesie, gdzie powietrze było bardziej rześkie.
Na odcinku do drugiego punktu zwolniłem tempo do 6:06 min/km, te około 15 kilometrów przebyłem w 1,5 godziny, w Majdach byłem około godziny 7:10, zjadłem banana, pomarańczo, pomidora i uzupełniłem płyny.
Tym razem na trasę nie zabrałem żadnego żelu, żadnego batona energetycznego, nic, chciałem zobaczyć jak będę się czuł bez tych specyfików i powiem szczerze, już nigdy nie kupię żeli, bo mój żołądek przez cały bieg był w doskonałej formie, jadłem tylko to co było na punktach odżywczych i jak widać to wystarczyło do pokonania tych stu kilometrów.
Wybiegając z drugiego punktu pożegnałem się i dalej biegłem drogą asfaltową, minąłem ludzi, którzy dopingowali, fajnie jest słyszeć "jeszcze tylko 60 kilometrów, dasz radę", hi hi hi no tylko sześćdziesiąt :-P
Chwilę później znów znalazłem się w lesie, a na około pięćdziesiątym kilometrze dogonił mnie biegacz z Gniezna, który pierwszy raz startował w zawodach ultra, tak i od razu zapisał się na stówkę.
Biegliśmy razem, rozmawialiśmy, wspieraliśmy się.
Cały czas kontrolowałem czy się za mocno nie odwadniam, na szczęście wszystko było w porządku, bo starałem się co kilometr robić trzy duże łyki izotonika i z rezerwy (bukłak) pic wodę.
Zapomniałem jeszcze dodać, że ciesze się, że Ania na początku powiedziała mi, że za grubo się ubrałem, tak, już po pierwszym kilometrze byłem zgrzany, a gdybym miał na sobie jeszcze rashguard to chyba bym się ugotował.
Kolejny punkt mieścił się na 57 kilometrze w Mycynach, tempo znowu zwolniło i te 14 kilometrów przebiegłem tempem 6:37 min/km, czyli znacznie zwolniłem.
Co jakiś czas przechodziłem do chodu, odpisywałem na smsy, dzwoniłem, ale było bardzo ciężko z zasięgiem, nie liczyłem na jakieś dobre miejsce w zawodach, chciałem tylko pobić swoją życiówkę na sto kilometrów, wiec nie spinałem się za bardzo, wiedziałem także, że nie jestem dostatecznie zregenerowany po ostatnich zawodach.
W Mycynach spotkałem Biegające Małżeństwo, kiwnąłem głową i zacząłem jeść arbuza i uzupełniać płyny, pamiętam ten punkt z zeszłego roku, był to 48 kilometr w U70 i obstawiał go wtedy Michał, tam też mam moje ulubione zdjęcie zrobione przez Michała Rowińskiego, wtedy padał mocny deszcz, teraz pogodę mieliśmy idealną.
Kolejny punk to znów punkt przepakowy, czyli powrót, ale tym razem to 67 kilometr, z Mycyn do Guzowego Pieca mieliśmy niecałe dziesięć kilometrów i tu znów tempo się zaniżyło, bo wyniosło 6:41 min/km, było więcej otwartego terenu, teren zalesiony to około 6 km, reszta odsłonięta, więc duchota doskwierała, a ja czułem coraz większe zmęczenie, uda miałem coraz bardziej sztywne, ciężej podnosiło się nogi do góry, częściej musiałem stawać, teren był bardziej pofałdowany, więc nie podbiegałem pod te górki tylko pod nie podchodziłem, nie chciałem ryzykować zmęczeniem, poza tym już od pięćdziesiątego kilometra biegłem na tętno i nie chciałem wchodzić w trzecią strefę, chciałem utrzymywać tętno na poziomie 145-150 ud/min i tak robiłem, kiedy tylko tętno podnosiło się to od razu zwalniałem.
67 kilometr, tutaj na przepaku zmieniłem skarpetki na świeże, umyłem się po kranem, zwilżyłem zimną wodą kompresy, poczułem wielką ulgę, zjadłem dwa kawałki arbuza, bułkę z serem, oraz napoiłem się izotonikiem, po dziesięciu minutach ruszyliśmy dalej, wiedzieliśmy, że następny punkt jest dość daleko , bo ponad 17 kilometrów mieliśmy do Szyldaku, trzeba było oszczędzać izotonik, chciałem już zapukać do drzwi jakiegoś domu i poprosić o worek soli, bo zacząłem odczuwać skurcze, miałem w sobie coraz mniej elektrolitów, przepona nie pracowała już jak powinna.
Koledze z Gniezna mówiłem, żeby biegł beze mnie, żeby zasuwał do mety, bo na pewno ma więcej energii niż ja, ja tylko będę go spowalniał, niestety nie zgodził się i powiedział, że jeżeli trzymamy się razem to już do samego końca, raz on, raz ja będziemy nawzajem się ciągnąc do mety.
Co kilka kilometrów nalegałem jednak, aby pobiegł sam, nie przynosiło to skutku.
Minęliśmy 75 km i tu zaczyna się dopiero trasa, zaczęły się podejścia, dużo podejść, widać, że trasa była wyznaczana z myślą o jak największym sponiewieraniu uczestników, najtrudniejszy etap zostawić na koniec.
Do punktu jeszcze 10 km, było już ciężko, ciężko było zbiegać po podejściu, kolana bolały, więc wolałem schodzić niż krzywdę sobie zrobić.
Zaczął padać deszcz, krzyknąłem w lesie "NARESZCIE", orzeźwiający deszcz, było fajnie, padało coraz mocniej, lecz ulewa to nie można nazwać.
Na 80 km trasa wiodła przez jakieś pokrzywy, pod górkę, bezdroża, ciekaw jestem czy ktokolwiek wcześniej oprócz organizatorów i uczestników tamtędy chodził, kolce jeżyn wbijały się w kompresy, ale to właśnie kompresy uchroniły mnie przed poparzeniami.
Mówiłem sobie, że jak dotrę na metę to zabiję Kamila za ten odcinek, buty miałem już mokre, a za chwilkę był zbieg po mokrej, ale na szczęście jeszcze nie śliskiej trawie.
W końcu wyszliśmy na utwardzony teren i pobiegliśmy do punktu odżywczego w Szyldaku.
84 km, tutaj uzupełniłem softflaski izotonikiem, zjadłem pomarańczo, pomidora i banana, wypiłem dwa kubki coli, chwilkę pogadaliśmy z wolontariuszami i ruszyliśmy w dalsza drogę, po kilku minutach cukier z coli zadziałał i dał mi takiego kopa, że przez dwa kilometry tempo biegu znacznie się zwiększyło, lecz zaczęła mocno doskwierać przepona, zacząłem odczuwać mocny ból i musiałem bardzo często przechodzić do chodu, w niektórych momentach zwijałem się z bólu, miałem oddech na pół gwizdka, próbowałem pochłaniać więcej tlenu, usiłowałem robić głębsze oddechy, pomagało, pomagał też kolega, który ciągnął do mety z uporem.
Przed nami został jeszcze ostatni punkt na 96 km, gdzie stali moi znajomi - Piotr i Michał, w myślach miałem to, że mają tam piwo, właściwie wiedziałem, że będą mieli piwo, przecież wiadomo co każdy pożąda na takim wykończeniu organizmu, a piwko orzeźwi, chociaż na chwilę.
86 km to wzniesienia jakich nie spodziewałem się, ciężko było wchodzić i ciężko schodzić, myślałem tylko o punkcie, a do niego jeszcze 10 km, trasa dłużyła się, każdy kilometr mijał tak wolno, że tylko modliłem się o dźwięk z zegarka, który informował o kolejnym przebytym kilometrze.
Nogi sztywne, brak oddechu, boląca przepona i ból pachwin z przetarcia spowalniały bieg na tyle, że chciałem ostatnie 10 km już iść, ale Maciej nie pozwalał na taką wygodę.
W końcu dotarliśmy do punktu, niby wyglądałem spoko, ale nic bardziej mylnego, byłem wykończony, wszystko mnie bolało, a do mety jeszcze około 5 kilometrów.
Wpadając na punkt Piotr od razu zapytał "PIWKO???", no jasne, stuknęliśmy się kubeczkami i wypiliśmy po pół kubka piwka, chwile później znów byliśmy na trasie, a był to najbardziej demotywujący odcinek na trasie, bo biegło się przy jeziorze, słyszeliśmy głosy z mety, potem ją widzieliśmy, starałem się jak najdłużej biec, ale przepona przypominała o sobie i musiałem przechodzić do marszu.
Byliśmy już po drugiej stronie jeziora, to już tylko 2-3 km do mety, jeszcze jedna górka i wkroczyliśmy przez bramę portierni na teren resortu, akurat szedł tam Kamil, więc krzyknąłem do niego, że go zabije za ten 80km, a on odpowiedział, żebym najpierw dobiegł.
Biegliśmy terenem resortu, jeszcze tylko jeden duży zbieg i meta, zbieg zrobiliśmy wolno, bo po co ryzykować na sam koniec.
W końcu przebiegliśmy przez bramkę i meta.


META:
Metę przebiegliśmy dokładnie w tym samym czasie co do sekundy, dostaliśmy drewniane medale z sosny taborskiej, a obok na stanowisku nabiliśmy sobie stempel z dystansem jaki przebyliśmy.
Podziękowaliśmy sobie i wypiliśmy piwko otrzymane na mecie.
Po chwili doszedł do mnie konferansjer i powiedział, że wyglądam jakbym przebiegł 10 km, niestety to tylko chwilowa świeżość, adrenalina uderza do głowy, czuje się szczęście, a wewnątrz człowiek jest zniszczony.
Usiadłem na chwilę na trybunach i piłem piwo, nagle zobaczyłem, że po udach spływa mi krew, niestety miałem tak przetarte pachwiny, że ciężko mi było dojść do siebie przez kolejne kilkanaście godzin, ból był ogromny.
Dobrze, że nie widziałem tego na trasie, bo byłbym tak zdemotywowany, że możliwe, że bym z niej zszedł.
Porozmawiałem chwilę ze znajomymi i uciekłem do pokoju wziąć prysznic, lecz było to tak ciężkie, że łzy z bólu same spływały mi z oczu, nie mogłem się ruszyć, a wszystko tak mnie szczypało jakby przypalali mnie lutownicą, z bólu płakałem.
Poszedłem spać, ale najpierw zjadłem paczkę kabanosów popiłem colą, zadzwoniłem do Oli po pomoc, żeby przyjechała i kupiła w aptece jakąś maść, bo wytrzymać się nie da.
Obudziłem się koło siedemnastej, nie pamiętam, ale Ola była już na miejscu i mogłem uśmierzyć ból.
Następnie poszliśmy na Garden Party, czyli pobiegowy grill, zjadłem tam wołowinę, pierś z kurczaka i sałatki.
Potem razem ekipa poszliśmy nad jezioro, troszkę zimny wiatr był, ale to nie miało większego znaczenia.
Resztę wieczoru spędziliśmy w hotelu i na sali dyskotekowej.
video

PODSUMOWUJĄC impreza hmmmmmm no nie wiem co mam napisać, bo tego opisać nie da się,było GENIALNIE, trasa oznaczona tak gęsto, że nawet ślepy by się nie zgubił, punkty świetnie obsadzone, dziękuję Załoga Górska, Ultramaraton Kaszubska Poniewierka , nie trzeba było nic mówić, wolontariusze wiedzieli co mają robić, pełen profesjonalizm.
Za rok oczywiście jestem na trasie Ultra Mazury, nie ma innej opcji.
DZIĘKUJĘ ZA GENIALNĄ ORGANIZACJĘ

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz