3 ULTRAMARATON KASZUBSKA PONIEWIERKA

3 Ultramaraton Kaszubska Poniewierka


DRUŻYNA SZPIKU
MUAY Running Team
Mizuno Running
Ultramaraton Kaszubska Poniewierka
Kalenji Poland
Kalenji Running
Compressport Polska
ROYAL BAY Polska
Grivel
ZONE3 Polska
TRIATHLONISTA.com
ASICS

https://connect.garmin.com/modern/activity/1980874437
https://www.endomondo.com/users/5153580/workouts/1003062639

WYNIKI:https://elektronicznezapisy.pl/download/o8r6z6o760d0l1k5l0l5j7k2w6c4g4j5/open.html

DYSTANS: 101,6 km
CZAS NETTO: 12g:15m:38s
ŚR. TEMPO: 7:15 min/km
MIEJSCE OPEN: 9/130
MIEJSCE M: 8/104
MIEJSCE M30: 6
SPRZĘT: Kalenji Kiprun Trail XT6

Na to wydarzenie szykowałem się od kilku miesięcy, obawiałem się, że nie podołam tak trudnemu wyzwaniu, były momenty, kiedy chciałem zrezygnować, ale w końcu przełamałem się i zdecydowałem na start.
Do Sopotu pojechałem w piątek rano pociągiem PKP Intercity. Pociąg do podróży, około 4 godzin jazdy zajęło mi się dostanie na miejsce.
Wychodząc z pociągu odpaliłem nawigację i poszedłem w stronę hostelu, gdzie wynajmowałem pokój, a był to Garden Hostel, mieszczący się około kilometr od dworca i około trzystu metrów od linii startu Kaszubskiej Poniewierki.
Kiedy dotarłem na miejsce od razu zacząłem rozpakowywanie, przygotowałem wszystko to co będzie mi potrzebne podczas nocnego startu, przygotowałem też przepak, który pojedzie na 52 kilometr i będzie tam na mnie czekać.
Po ogarnięciu tobołów wyruszyłem zwiedzić troszkę miasto, poszedłem na molo i nadmorskie wydmy, pogoda sprzyjała, lecz wiał dość mocny wiatr, modliłem się, aby taka pogoda była podczas biegu.
Po kilku godzinach zacząłem powrót, ale wstąpiłem jeszcze do sklepu po kolację i żywność oraz płyny, które włożę do przepaku.
W przepaku znalazło się:
-kurtka przeciwdeszczowa Kalenji
-spodnie długie na metę
-rashguard Nike+ Run Club
-3 pary skarpetek
-koszulka
-2 puszki napoju OSHEE z magnezem
-2 puszki piwa Lech
-Muay Krem
-maść z witaminą A
-witaminy i minerały

ODBIÓR PAKIETÓW:
Od godziny 17 otwarte było biuro zawodów mieszczące się przy restauracji ... i tam właśnie oddałem swój przepak.
W pakiecie otrzymałem:
-numer startowy z chipem
-opaskę ATTIQ
-baton Bosman firmy Bałtyk
-kulkę z płachtą przeciwdeszczową
-krem nawilżający firmy kosmetyki AA
-ulotki
Po powrocie do hostelu spakowałem jeszcze plecak, w którym miałem:
-2 softflaski Aonijie Polska po 330 ml izotonika
-bukłak z wodą 1,5 l
-mp3 SanDisk Sansa Clip
-tabletki ALE - Active Life Energy Sole
-chusteczki
-krem MUAY
-maść z witaminą A
-baton Bosman
-banan
Obowiązkowy sprzęt, który musiałem mieć dodatkowo to latarka czołowa, niestety trzeba było ją mieć przez cały bieg, niezależnie od tego czy było ciemno, czy jasno.
Zostało kilka godzin do startu, więc zjadłem kolację i położyłem się spać, nastawiłem dwa zegarki i dwa smartfony na godzinę pierwszą w nocy.
Pobudka o tej porze jest okrutna, nie chcę się nic, nie chce się nawet ruszyć tyłka z łóżka, no nic, trzeba było się jakoś przemóc i zasuwać do łazienki ogarnąć paszczę i walnąć na nią trochę zimniej wody na orzeźwiająca pobudkę.
Przed wyjściem moje mięśnie dostały porządną dawkę kremu MUAY co od razu poczułem, zaczęło mi się robić zimno, na zewnątrz temperatura wynosiła około 10 stopni Celsjusza, nie mogłem ubrać się za grubo, bo potem bym tego nieźle żałował.

START:
Ruszyłem w stronę Łysej Góry, bo właśnie u jej podnóża o godzinie 2 w nocy odbyć miał się start Kaszubskiej Poniewierki.
Trząsłem się z zimna, było mi troszkę niedobrze, ale pewnie to stres, widziałem wzmożony ruch na ulicy prowadzącej na linię startu, widziałem jak z uliczek wychodzą kolejni zawodnicy ze swoimi bliskimi, którzy byli przy nich na każdym punkcie kontrolnym, widziałem jak się o nich martwią, jak się wzruszają, emocje były ogromne.
Stanąłem sobie z boku i obserwowałem twarze zawodników i nie tylko ja byłem tak bardzo zestresowany, stres malował się prawie na każdej twarzy, myśli skupione tylko na jednym, jak przetrwać, czy uda się dotrzeć do mety?
Część zawodników była pewna swego, wiedzieli co ich czeka, więc mieli luz, przecież na starcie nie stoją sami debiutanci setki, stoją tu już zawodnicy zaprawieni w boju, którzy mają nie jedną setkę w swoim biegowym CV.
O godzinie 1:40 zaczęła się odprawa, organizator wygłosił co nas czeka na trasie i czego mamy się wystrzegać, bardzo dobrym posunięciem było to, że każdy żel czy baton musiał być podpisany numerem startowym,a weryfikacja tego będzie podczas biegu.
Zbliżała się godzina startu, czyli 2 w nocy.
Zaczęło się odliczanie...

TRASA:
Start odbył się u podnóża Łysej Góry i od razu przywitał nas dość długi podbieg, w świetle czołówek widziałem rozświetloną trasę przez zawodników w czołówce, ja na spokojnie ustawiłem się w 3/4 stawki i powolutku poruszałem się ku górze.
Trasa Kaszubskiej Poniewierki to trasa górska, no właśnie górska, niby nad morzem, a jednak, przewyższenia sięgają tu około 2300 metrów w pionie, czyli jest co robić, a mięśnie aż paliły od niektórych podejść.
Pierwsze metry trasy, a ja już wpadłem w błoto, to nie był najlepszy start, trzeba było się przemęczyć z wilgotnymi butami, aż do przepaku.
Spojrzałem na zegarek, wschód słońca miał być około godziny 6:30, czyli bieg po ciemku przez około 4 godziny mamy gwarantowany.
Moja czołówka naprawdę dobrze świeci, niektórzy zawodnicy pytali mi się gdzie taką latarnię kupiłem, oczywiście odpowiedź jest jedna w Chinach na Ali Express, a cena? 36 peelenów, zdziwieni? Sami sprawdźcie 😁
Przedzierałem się przez kolejne podejścia, mięśnie paliły, byłem bardzo zaskoczony trudnością trasy i to już na początku, wtedy pomyślałem, co będzie dalej, przecież to jest jakaś paranoja, nie wiem czy dam radę, już jest za ciężko.
Nie brałem ze sobą kijków, odradził mi tego zwycięzca poprzedniej edycji biegu Dariusz Rewers i poradził mi bardzo dobrze, chociaż na początku bardzo by się przydały.
Do pierwszego punktu kontrolnego było 28 kilometrów od linii startu, limit w jakim trzeba było do niego dotrzeć to 4 godziny i 30 minut, był on w Gdańsku Wróblowka.
Przekroczyłem jezdnię, a na tym odcinku była policja, która wstrzymywała ruch, abyśmy ze spokojem mogli sobie przebiec na drugą stronę i znów zniknąć w lesie.
Kolejne podejścia, kolejne kałuże, kolejne błoto i otaczającą mnie ciemność, starałem się biec zawsze za kimś lub jako prowadzący, nigdy, kiedy jest noc nie biegnę sam, bo zawsze wtedy jest ktoś obok, ktoś kto może udzielić pomocy w razie jakiegoś wypadku.
Kolejne podejście, a na szczycie znacznik trasy wraz z migająca diodą, tak, organizatorzy byli tak pomysłowi, że każdy newralgiczny punkt na trasie oznaczyli migająca lampką, całkiem fajnie to wyglądało.
Gdzieś przed punktem był lekki zbieg, biegnę, ale nie zauważyłem wystającego z ziemi patyka i poleciałem na ręce, na szczęście obyło się bez ran, a ten mały incydent chociaż mnie obudził.
Wybiegłem na asfaltową drogę, w pobliżu markety, centrum handlowe, ulice puste, tylko my, biegacze z lampkami na czole, którzy przemierzają obszar nocną porą.
W końcu słyszałem głosy, głosy ludzi, lekkie brawa, zakręt w lewo i pierwszy punkt kontrolno odżywczy zaliczony, dobiegłem do wolontariuszki, poprosiłem o napełnienie softflaskow izotonikiem, w tym czasie zjadłem banana, pomarańczo i dwa krakersy z masłem orzechowym, bidony miałem już napełnione, podziękowałem za pomoc i poleciałem dalej.
Na pierwszy punkt trafiłem po około trzech godzinach i dwudziestu minutach.
Kolejne odliczanie, kolejne kilometry do kolejnego punktu, tym razem przepaku, a znajdował się on na 52 kilometrze, czyli tylko 24 kilometry dzieliło mnie od zmiany skarpetek i piwa, które tam na mnie czekało.
Biegłem, coraz bardziej samotnie, ale mijałem kolejnych zawodników, zdecydowanie lepiej mi szły podejścia, zbiegi i płaskie odcinki od większości rywalizujących ze mną zawodników.
Podejścia naprawdę bolały, ale wiedziałem, że to mocne, ale krótkie odcinki, a zaraz będzie zbieg, gdzie puszczę się jak kamikadze na pełnym rozluźnieniu.
W pewnym momencie, bo na około 38 kilometrze zaczęło robić się już widno, ale i trasa się zmieniła, zmieniła się na bardzo techniczną, nad Radunią myślałem, że wyjdę z siebie, ciągle szukałem znaczników, które właściwie miałem przed nosem, ciągle omijanie obalonych drzew, teren był bardzo pochyły, bardzo łatwo można było zrobić sobie krzywdę.
Ten odcinek trwał przez sześć kolejnych kilometrów, potem zaczęły się pokrzywy, ojjjjjjj kolana moje były nieźle poparzone, miałem same bąble, ale zbytnio nie zwracałem na to uwagi, biegłem wtedy z razem z innym biegaczem, wspólnie nadawaliśmy sobie dość mocne i niebezpieczne tempo jak na te warunki, ale jak to on powiedział, potrzebuję tych pokrzyw, bo skurcze mi już dokuczają i właził specjalnie w tę niemiłe roślinki.
Kolejny raz zdarzyło mi się wywinąć orła, znów wystający patyk z ziemi, ale na szczęście był obok zawodnik, który w ostatniej chwili złapał mnie, abym nie upadł na pysk.
Biegłem z nim może jeszcze przez kilometr i zacząłem przyspieszać, zostałem sam, ale było już jasno, słońce wschodziło i mogłem czuć się bezpiecznie.
Dogoniłem kolejnych zawodników, był 48 kilometr i dość strome podejście, była wolontariuszka i Piotr Dymus - fotografia ze swoją lustrzanką.
Teren zaczął się wypłaszczać, więc ruszyłem i zostawiłem tych zawodników za swoimi plecami, trafiłem na asfalt, na kostkę brukową, minąłem jakiś przystanek, a na skrzyżowaniu stał strażak, przebiegłem przez pasy i dalej w dół, lecz ktoś mnie zawrócił i powiedział, że mam biec przez bramę do sali gimnastycznej, tak, byłem już na przepaku.
Na przepak trafiłem przed godziną ósmą rano, spotkałem tam Ania Karolak, którą pamiętam z ULTRA Mazury, gdzie wygrała jako kobieta.
Dałem swoje bidony do napełniania izotonikiem, poprosiłem, aby ktoś przygotował mi elektrolity, ale musiała być do tego gorąca woda i z tym nie było żadnego problemu, z plecak, który przygotowałem wcześniej wyjąłem świeże skarpetki, stopy umyłem chusteczkami nawilżanymi i posmarowałem na nowo maścią z witaminą A, zdjąłem z siebie rashguard i zostawiłem tylko koszulkę na naramkach, wiedziałem, że na początku będzie mi strasznie zimno, ale trzeba to jakoś przeżyć.
Siedząc, pijąc elektrolity, pijąc napój Oshe z magnezem, w końcu wyjąłem piwo, kiedy je otworzyłem wszyscy spojrzeli na mnie, a jedna osoba powiedziała, i to jest prawdziwy ultras i wszyscy w śmiech, oczywiście całego piwa nie wypiłem, chciałem się podzielić, ale Ania już wypiła swojego browarka, a za dużo też nie można.
Na sali gimnastycznej w Skrzeszewie przywitały nas panie śpiewające lokalne melodie, a ubrane były chyba w tradycyjne odzienie kaszubskie, było naprawdę świetnie.
Zjadłem jeszcze banana i pomarańczo oraz wziąłem 4 tabletki soli Ale i wybiegłem z sali, odświeżony, najedzony i napity.
Niestety suche skarpetki nie były tak długo suche jak bym przypuszczał, już po dwóch kilometrach trafiłem na bagnisty teren przy jeziorze, niestety nie było jak ominąć tych wszystkich kałuż, więc buty znów miałem zalane.
Minąłem dwóch zawodników na około 53 i 54 kilometrze, miałem taką moc po przepaku, że tak bardzo chciałem biec, zero kryzysu, czułem się wspaniale.
55 kilometr, dogoniłem pierwszą kobietę na trasie, a to, że bardzo pasowało nam swoje narzucanie tempa postanowiliśmy biec razem, bo razem, rozmawiając jest zawsze raźniej, zawsze ten czas i kilometry szybciej uciekają.
Kolejny punkt znajdował się na siedemdziesiątym kilometrze w Kartuzach, zostało piętnaście, na szczęście organizatorzy tak pomyśleli, że każdy punkt oddalony od siebie był ze zmniejszonym dystansem, czyli do pierwszego mieliśmy 28 km, z pierwszego do drugiego 24 km, z drugiego do trzeciego 18 km, z trzeciego do czwartego 17 km i z czwartego do mety 13 km.
Biegliśmy lasem, czasami zgubiliśmy drogę, bo byliśmy zagadani, a Ania naprawdę dużo mówiła i fajnie, opowiadaliśmy w miarę oddechu sobie o przebytych wcześniej zawodach, o organizacji zawodów i innych różnych rzeczach, byle ten czas szybko mijał.
Minęliśmy zdechłą gąskę, wielkie kupy na ścieżkach, z których to sobie żartowaliśmy.
Czułem się doskonale, nigdy tak dobrze mi się nie biegło, ale przygotowania do tego startu troszkę mnie kosztowały.
Ania od 70 kilometra przez kolejne kilka biegła z ciastkami w dłoni, ha ha ha nie wierzyłem, że tyle ciastki mogą wytrzymać, a jednak, ja bym szamał je od razu, bo uwielbiam ciacha. Ja przez kilka kilometrów biegłem z połówką banana, ale on nie wytrzymał długo i zaczęła robić się z niego papka.
Trasa była dość płaska, nie było już dużych wzniesień, ale czekało na nas ostatnie kilkanaście kilometrów z dość dużymi przewyższeniami jak informował nas organizator na starcie.
Od właściwie 81 kilometra biegliśmy na dość otwartym terenie, słońce trochę grzało, ale na szczęście były moment, gdzie mogliśmy schronić się w cieniu drzew.
Minęliśmy w tym czasie chyba dwóch zawodników.
Przed samym punktem pierwszy raz wylądowałem w lesie, ale nie miałem żadnych problemów, tak po prostu, zachciało się.
Docieramy do 87 kilometra, tam widzimy Załoga Górska, która uzupełniła braki w softflaskach, poczęstowała piwem i uzupełniła nasze kalorie.
Na punkcie zjadłem chleb z masłem orzechowym, banana i muffinkę, wypiłem też dwa kubki coli.
Pożegnaliśmy się z tymi wspaniałymi ludźmi i ruszyliśmy dalej w trasę.
Znów rozmawialiśmy, każdy podbieg większy robiliśmy właściwie marszem, było coraz cieplej.
Kilometr za punktem zacząłem odczuwać dyskomfort w żołądku, od razu dałem znać o tym Ani i powiedziałem, że ma biec sama, nie oglądając się za siebie, ja sobie przecież poradzę.
Brzuch bolał coraz bardziej, mijamy tabliczkę z numerem 10, tak to była tabliczka mówiąca, że do mety zostało już tylko dziesięć kilometrów, aż mordka się ucieszyła.
Ania w końcu poleciała sama, ale takim tempem, że chyba byłoby mi ciężko nadążyć bez bólu żołądka, jestem pełen podziwu.
Na 92 kilometrze stał wolontariusz, oznajmił mi, że jestem na ósmej pozycji open, miałem nadzieję nie stracić tej pozycji, lecz na podejściu pod Wieżycę wyprzedził mnie jeden zawodnik, ale pomyślałem sobie, no kurde, jesteś w pierwszej dziesiątce, to jest coś i to na takiej trasie, ciesz się tym co masz.
Co jakiś czas biegłem, ale za chwilę lądowałem w lesie i pozwalałem zbliżyć się kolejnemu zawodnikowi.
97 kilometr, trasa zaczęła się wypłaszczać, a potem już schodzić w dół, biegłem, brałem głębokie oddechy, ale biegłem, wiedziałem, że nie mam szans na zejście poniżej dwunastu godzin, ale mam szansę utrzymać się na dziewiątej pozycji.
Nagle wybiegam z lasu, widzę stok, wolontariuszki kierują mnie w dół, widzę metę, no i kurde znów się wzruszyłem i łzy napłynęły do oczu, biegłem dość szybko, bo mocno z górki, zakręcam w prawo, widzę metę przed sobą, udało się, podołałem tej niezmiernie trudnej trasie, SPONIEWIERAŁO MNIE.

META:
Przekraczając metę, gdzie wcześniej zapowiedział mnie Benek, otrzymałem duży drewniany medal z gryfem, nogi nie ugięły się, były w całkiem dobrej formie.
Poszedłem do stolika, gdzie siedziała Ania, tak przybiegła 25 minut wcześniej, wow, to jest maszyna.
Napiłem się jej zwycięskiego szampana i poszedłem po jedzonko, a był naprawdę duży wybór, wziąłem placki ziemniaczane, marchewkę i zupę pomidorową z makaronem, ale szczerze powiedziawszy nie byłem mocno głodny, chociaż zupa uratowała mi żołądek i czułem się o niebo lepiej.
Chwilę jeszcze porozmawialiśmy przy stoliku i poszedłem odebrać swój przepak, poszedłem do łazienki i umyłem się, za pół godziny miałem pociąg SKM, więc nie miałem za dużo czasu na kolejne rozmowy, ruszyłem przed siebie z piwem w ręku, szedłem tak około dwóch kilometrów i w końcu trafiłem na stację, z której ruszyłem do Sopotu.

PODSUMOWUJĄC imprezę, nie mam żadnych zastrzeżeń, fajna, kameralna i mam nadzieję, że taka pozostanie, bo właśnie na takich małych, ciężkich biegach atmosfera jest najlepsza. Wolontariusze odwalili kawał dobrej roboty, jejku jak oni się angażują, wkładają w to całe swoje serce, a kiedy zawodnik ma kryzys, to potrafią postawić go na nogi w kilka sekund.
Oznaczenie trasy bardzo dobre, choć z Ania w pewnym momencie nie byliśmy pewni czy dobrze biegniemy, bo nagle tasiemki zniknęły z naszych oczu, a kolejna była po około 500-700 metrów, na szczęście miałem ze sobą wgraną trasę, więc nie było problemu.
Diody zawieszone na drzewach to doskonały pomysł, ale nakleiłbym jeszcze na tasiemki odblaski.
Trasa bardzo wymagająca, dziękuję organizatorom za takie sponiewieranie, było naprawdę genialnie, polecam każdemu tę imprezę, każdemu który lubi ból.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Test zegarka XIAOMI AMAZFIT PACE

WINTER ULTRA TRAIL MAŁOPOLSKA 2017

CHOJNIK MARATON - SIEDEMDZIESIĄT Z HAKIEM