WINTER ULTRA TRAIL MAŁOPOLSKA 2017

Winter Ultra Trail Małopolska 2017
AdRunaLine

WYNIKI

DYSTANS: 46 km
CZAS NETTO: 6g:31m:50s
ŚR. TEMPO: 8:32 min/km
MIEJSCE OPEN: 34/245
MIEJSCE M: 32/186
SPRZĘT: Kalenji Kiprun Trail MT

Ten bieg był moim priorytetem ostatnich kilkunastu tygodni, do którego przygotowywałem się od jakiegoś czasu, choć ból żebra nadal dokuczał to i tak postanowiłem wystartować.
Robiłem podejścia na schodach mechanicznych na siłowni, ale nie biegałem z taką intensywnością z jaką powinienem, każdy gwałtowny skok ciała podczas biegu powodował mocny ból.
Czas mijał szybko, dni ubywały jakbym co godzinę wyrywał kartkę z kalendarza, a tydzień przed zawodami nie mogłem spać, nie spałem tak długo, że w pracy ledwo co żyłem, słaniałem się na nogach, ledwo co kontaktowałem.
Tabletki na sen nie pomagały, byłem wrakiem.
Na dzień przed wyjazdem spakowałem wszystkie rzeczy, które będą mi potrzebne podczas biegu, nawet te, które będą rezerwą, niektóre rzeczy spakowałem podwójnie, bo wiedziałem, że ktoś o czymś zapomni i tak się stało.
W piątek z samego rana ruszyłem pociągiem do Krakowa, jechało się całkiem znośnie, a podróż nie trwała długo, podczas jazdy czytałem gazetę Ultra, słuchałem muzyki i próbowałem jakoś zasnąć, odpocząć tą jazdą, ale jestem zbyt czujny, muszę być na oriencie.
W Krakowie byłem około godziny 11:20 i od razu ruszyłem na dworzec autobusowy, czekałem w kolejce, długiej kolejce, aby zakupić bilet, ale okazało się, że u kierowcy także da się kupić, bus miał właśnie dojeżdżać, więc pobiegłem z torbami, które ważyły chyba 20 kg jedna (tak, miałem takie dwie), wsiadłem do busa i kupiłem bilet.
Dojechałem na miejsce razem z Ewą, ale do pensjonatu mieliśmy jeszcze jakieś 1,5 kilometra piechotą z samego centrum.
Swoje pokoje mieliśmy w Pensjonacie Szczebel.
Po zameldowaniu zacząłem przygotowywać ekwipunek jaki zabiorę ze sobą na bieg oraz odzież w jaką się ubiorę.
Zjadłem także kaszę, która wcześniej przygotowałem w domu.
Kilka chwil później pojechaliśmy samochodami pod Bazę Lubogoszcz, niestety do przejścia mieliśmy jeszcze około 1,5 kilometra drogi pod górkę.
Po kilkunastu minutach trafiamy do bazy, uffff.
Nagle uświadomiłem sobie, że ta droga to będzie moje podejście pod metę, a od samego początku ma ponad dwa kilometry.

ODBIÓR PAKIETÓW:
W bazie nie było właściwie nikogo, jedynie wolontariusze siedzący przy stolikach, przy których odebrałem swój pakiet startowy, a znalazło się w nim:
- numer startowy z chipem
- ‎4 batony
- ‎długopis
- ‎zawieszka
- ‎gazeta
- ‎ulotki
- ‎worek na depozyt
- ‎worek na śmieci na trasę
Wszystko to w papierowej torbie.
W bazie był stolik z daktylami, orzechami, rodzynkami, ciastkami, herbatą i innymi słodkościami, którymi mogliśmy się częstować.
Chwilę czasu spędziliśmy w tym miejscu, ludzie zaczęli się zbierać, odbierać pakiety, robiło się coraz tłoczniej, coraz więcej znajomych twarzy docierało do bazy.
Zrobiliśmy sobie kilka fotek, a w drzwiach nagle zawitał Jacek Deneka, czyli Ultra Lovers i już wiedziałem, kto będzie robił nam mistrzowskie zdjęcia na trasie.
Prosto z bazy pojechaliśmy na pizzę w miejscowej restauracji, niestety nie będę reklamować tego miejsca, bo chociaż pizzę mieli dobrą, to czas oczekiwania na miejscu był okrutnie długi.
Zjadłem pizzę 45 cm, tak, całą bez jednego kawałka, no niby jestem chudy, ale jestem w stanie zjeść dużo, bardzo dużo, dziwili się nawet moi znajomi.
Wróciliśmy do pensjonatu, ale najpierw umówiliśmy się w restauracji na piwo przed zawodami, a po toaście szybko udałem się do pokoju, wziąłem prysznic i poszedłem spać, zasnąłem, na szczęście.

START:
Pobudka o godzinie 5:30, trzy razy telefon dzwonił na drzemkę, ale ja już tak mam, nigdy nie wstaje za pierwszym razem.
Ruszam tyłek z wyra, poranna toaleta, a następnie ubieram się już na biegowo i szybko schodzę do restauracji (na 6:30), aby zjeść 3 bułki z żółtym serem, serem kozim, ogórkiem i pomidorem, a zapiłem to mocną, dużą kawą.
Wróciłem do pokoju i zacząłem ubierać się na gotowca, wyjazd spod pensjonatu mieliśmy o godzinie 7 z Dagmarą i Krystianem, ale najpierw zabezpieczyłem stopy.
Pojechaliśmy na miejsce, ale niestety musieliśmy znów podejść i to od samego dołu, przynajmniej mieliśmy rozgrzewkę przed biegiem.
Około godziny 7:30 byliśmy już w bazie, ja czekałem na Dagmarę z Rebbel Runners Club z Wkurw Teamu, która dostarczyła mi dzień wcześniej zamówione raczki i softflaski Grivela, jeszcze raz dziękuję Dagmara i Maciej.
Szybko oddałem depozyt i udałem się na weryfikację wyposażenia obowiązkowego, każdy zawodnik sprawdzany był dokładnie czy ma to, co jest w regulaminie, ale najważniejszy był naładowany telefon, folia NRC, latarka czołowa, kurtka, rękawiczki i czapka oraz bidony lub bukłak z wodą.
Do startu pozostało niewiele czasu, ale musiałem iść jeszcze na toaletę, niestety kiedy robiłem pewne sprawy usłyszałem z oddali, że za chwilę zacznie się odliczanie, szybko się ubrałem i pobiegłem na linię startu, w biegu wyciągnąłem kijki, odliczanie się zaczęło, start równo o godzinie 8:00.

TRASA:
Po starcie jeszcze zapinałem plecak i rozkładałem kijki, wystartowałem troszkę w oddali, może w połowie stawki zawodników, nie ma to jak spóźnić się na start.
Trasa WUTMa to jedna 46 kilometrowa pętla po okolicznych górach, gdzie wzrost wysokości wynosił około 2700 metrów.
Trasa skalista, pokryta licznymi kamieniami, śniegiem, lodem i przeważającym błotem, ale były także krótkie odcinki asfaltowe.
Pierwszy odcinek lekko zbiegam, chwila potem zakręt w prawo i lecę już pod pierwsze podejście, podejście dwukilometrowe o wzroście wysokości 370 metrów, pierwszy sprawdzian tego co wypracowałem na schodach, idzie nawet dobrze, mijam zawodników i powoli przesuwam się do przodu, fajnie jest wyprzedzać, gorzej jak ktoś zaczyna wyprzedzać mnie, wtedy troszkę czuje się słaby i demotywuje się w podejmowaniu rywalizacji.
Harpagany, które wystartowały pierwsze to chyba tu podbiegali, ja niestety nie jestem w stanie, nie jestem na tym poziomie wytrenowania, góry, a pagórki to dwie zupełnie inne rzeczy, niestety Poznań jest płaski i nie ma gdzie robić mocnych górskich treningów, jedyne co mamy to Dziewicza Góra.
Dystans ponad dwóch kilometrów robiłem około 23 minuty, czyli widać jaka była to trudność terenu.
Chwilkę później już zbiegałem, tak, w końcu, a to dopiero początek.
Na trasie dość dużo lodu, trzymałem się pobocza i zbiegałem po śniegu, żeby nie ześlizgnąć się, za chwilkę lód ustąpił i była zmrożona nawierzchnia błotna, tak więc było coraz lepiej, ale po kilku minutach znów trzeba było podchodzić, podchodzić na dystansie ponad dwóch kilometrów i wzrostu wysokości około 360 metrów, czyli powtórka z rozrywki, a wcześniej, bo na czwartym kilometrze z całą grupa zgubiliśmy trasę i pobiegliśmy nie w lewo, a w prawo, na szczęście to było tylko kilkadziesiąt metrów pomyłki, bo bardzo szybko skumaliśmy, że nie ma znaczników na trasie, wróciliśmy się i już byliśmy na szlaku.
Na siódmym kilometrze znów zbiegaliśmy, przede mną biegł zawodnik, nastąpił na leżąca gałąź, ona podskoczyła i wbiła mi się w krocze, na szczęście leginsy zamortyzowały atak niewidzialnego mistrza władania kijami.
Zbiegam dalej, mijam kolejnego zawodnika, daje z siebie wszystko, ale muszę być uważny, lód jest bezlitosny i wpadam w poślizgi, kamienie wyłaniają się spod śniegu, wystarczy tylko źle nastąpić i noga złamana, masakra, tak bardzo boję się tych zbiegów.
Wkraczam na asfalt, nie biegnę, nie biegną też zawodnicy przede mną i za mną, zaraz pierwszy punkt odżywczy przed dwunastym kilometrem, lecę prosto do stolika, napełniam softflaski izotonikiem i zjadam daktyle, banana oraz rodzynki i dwie tabletki soli firmy ALE, podciągam opaski kompresyjne na uda, które zjechały mi do kolan, podciągam spodnie i lecę dalej.
Widziałem, że sporo zawodników po prostu omijało ten punkt, żeby nie tracić czasu, ja niestety taki nie jestem i uzupełniam wszystko po brzegi, żeby niczego nie zabrakło na trasie, a przede wszystkim izotonika, płyny to dla mnie priorytet, na każdym punkcie, w każdym biegu napełniam softflaski do pełna.
Lecę dalej, w dół, po asfalcie, ktoś robi mi fotki, uśmiecham się i podchodzę pod kolejny stromy odcinek, kije niesamowicie się przydają, odciążają nogi, ale patrząc na stuptuty, które miały swój debiut, prawa klamra się zerwała, czyli już po ochronie przed błotem i śniegiem, zaczep zerwał się około siódmego kilometra, ale dopiero teraz widzę, że nic nie da się z tym zrobić, myślałem, że pasek tylko się odczepił. Już w tym momencie czuje palenie w pięcie i wyczuwam, że robi się pęcherz, czuje jakiś kamyczek, muszę niestety się zatrzymać i opróżnić but z zanieczyszczeń, tracę kilka minut, niestety.
Kolejne podejście 500 metrów i 100 metrów w górę, pięta starta, coraz bardziej pali, czuję, że duże palce u stóp także ucierpiały, całe stopy mnie palą, nie wiem co jest nie tak, ale dobrze nie jest.
Na dwudziestym kilometrze zaczyna się przedostatnie najdłuższe podejście, podchodzę razem z Danielem Gajosem, ale co tu się porównywać do takiego kota jak on, który robi w Lądku 240 km, na szczęście reprezentujemy tę samą drużynę, ale dzikus chciał zepchnąć mnie ze Szczebla, przynajmniej tak mówił do Jacka Deneki, który w tym czasie robił nam zdjęcia przed punktem kontrolnym na 22 kilometrze.
Dotarłem w końcu do drugiego punktu, kiedy ja napełniałem softflaski Daniel już wypalił na trasę, ja zjadłem jeszcze rodzynki, pomarańczo i daktyle, żeby odnowić energię.
Drugi punkt zlokalizowany był przed szczytem Lubomira w Gościńcu Pod Lubomirem, tam ugościła nas ekipa Rzeźnika, która serwowała także leczo, które wszyscy potem zachwalali, ja niestety byłem w cugu biegowym i nie zauważyłem, że takie jadło tam podają, no cóż, poleciałem dalej.
Chwilę później zatrzymałem się kolejny raz na to, aby wytrzepać buty z uwierającego kamyczka, minął mnie kolejny zawodnik, byłem mega zdemotywowany, nie miałem już ochoty na bieg, stopy z każdym krokiem paliły coraz bardziej, jakbym stąpał po żyletkach, jakby ktoś przypalał mnie lutownicą, to była jakaś udręka, jeszcze nigdy nie miałem takich problemów ze stopami.
23 kilometry za mną, to dopiero połowa, a ja jestem tak styrany, jakbym, przebiegł ze dwa maratony, nogi nie bolą, mięśnie jak nówka, tylko te stopy.
23 kilometr to Obserwatorium Astronomiczne im. Tadeusza Banachiewicza znajdujące się na górze Lubomir (904 m n.p.m.)
Teraz mam dużo z górki, ale jest tyle lodu, że ciężko jest biec, więc trzymam się pobocza i większość moich kroków jest na śniegu, jest też troszkę podbiegów i podejść, trzeba oszacować siły i zostawić na Szczebel, ostrzegali mnie przed tą górą, tak więc zacząłem się oszczędzać i zbiegi robiłem nieco wolniej niż powinienem, bo palce u stóp tez odmawiały posłuszeństwa.
Przy zbiegu z Lubomira i tak nie obyło się bez upadku, niestety wpadłem w poślizg i wywinąłem orła, na szczęście nic się nie stało i po chwili otrzepania leciałem znów tym samym tempem.
Niestety to nie był jedyny mój problem, bo złamane żebro też od połowy trasy zaczęło doskwierać i kłuć w klatkę, podczas każdego ruchu kijami odczuwałem kłucie.
Biegłem w dół, po lodzie i lekkim śniegu i tak właściwie do 33 kilometra, ale najpierw była piękna jesień w lesie, ścieżki pokryte bardzo gruba warstwą liści szeleszczącą pod stopami, a pod liśćmi znajdowały się skałki, na których nogę można sobie było wykręcić bez większego problemu.
Najgorsze przede mną, ale jeszcze punkt odżywczy na 33 kilometrze, zjadłem tam czekoladę, daktyle, orzeszki, rodzynki, banana i żółty ser, popiłem to wszystko colą.
Były pieczone ziemniaczki z grilla, ojjjjj teraz żałuję, że ich nie spróbowałem, oj jak żałuję.
Uzupełniłem softflaski ruszyłem w drogę na Szczebel, trasa chwilowo była asfaltowa, ruch uliczny był dość spory, trzeba było uważać.
Pierwsza kobieta mnie wyprzedziła, była to Litwinka, chwilowo pomyliła trasę, ale zaraz była już na odpowiedniej drodze na Szczebel.
I oto on, stałem już pod Szczeblem, podchodzę, nie jest źle mówię sobie, ale ktoś mi tam gada, że dopiero za kilometr się zacznie, i się zaczęło, było stromo, tak stromo, że żadne schody mechaniczne nie zastąpią takiej wspinaczki jaką zaoferował nam Szczebel.
Pomyślałem, że to jakiś żart, a za sobą widzę kolejną kobietę, kurcze co się dzieje, ale jestem słaby, mega słaby.
Kolejna kobieta wyprzedziła mnie, była to Sarna z mojej drużyny, z MUAY Running Team Kraków, no ładnie, poszła do góry takim tempem, że kilkaset metrów dalej już jej nie widziałem, a w tym czasie jeszcze rozmawiała sobie z innym zawodnikiem.
Patrzę na zegarek, niby wybił 37 kilometr, idę dalej, wspinam się po kamieniach, poluzowanych skałkach, które są tak niestabilne, że przy zejściu z nich spadają kilka metrów w dół, opieram się o kijki, odpoczywam chwilkę, patrzę na zegarek, a tu 37,25 km, cooooo mówię sobie, jak to, dopiero 250 metrów przeszedłem, jak to, aaaaaaaa czułem się tak zdemotywowany, że chciałem zejść i wrócić na 33 km i zejść z trasy, stopy paliły mega mocno, z bólu prawie łzy mi z oczu ciekły, a także dlatego, że drużyna jednak liczyła na coś więcej niż czas jaki zrobię na mecie, a wiedziałem, że będzie słabo.
Zebrałem się do kupy i ruszyłem dalej mówiąc sobie "nie patrz już na zegarek, idź, po prostu idź, mięśnie przecież Cie nie bolą, to co Ty kurde oczekujesz, że sobie podbiegniesz pod Szczebel???" Sam z siebie zacząłem się śmiać.
Podejście miało jakieś 3 kilometry z wzrostem wysokości około 600 metrów.
Trasa się wypłaszczyła, ale tylko na chwilkę, na kilka metrów, po chwili odpoczynku dalej ruszyłem w górę, z dołu do szczytu były dwie półki na podejściu, wypłaszczone, na których odpoczywałem, opierałem się o kije i mówiłem sobie, że ból minie, ale duma pozostanie.
Przed końcem podejścia minąłem ojca z dzieckiem, którzy wchodzili na szczyt, byłem pełen podziwu, że tak młody człowiek (około 10 lat) z taką łatwością tutaj wszedł.
Przed szczytem było bardzo dużo lodu, ślizgałem się, asekurowałem się kijkami, bardzo mi pomagały, bo lód był tak wyślizgany, że ledwo co krok można było zrobić.
Dotarłem na szczyt, było ciężko, bardzo ciężko, nigdy takiej trudności trasy wcześniej nie miałem.
Niespodzianką było to, że na szczycie nie miało być żadnego punktu, a tam ugościli nas ciepłą herbatką i jedzeniem, ja wypiłem tylko słodką herbatę, bo z poprzedniego punktu zabrałem na drogę jedzenie do kieszeni , dziękuję jeszcze raz za tak miła niespodziankę na szczycie.
Zaczynam zbiegać, hmmm, zbiegać? Co ja mówię, schodzić, zaczęła się taka stromizna z kamieniami, że, żeby się nie zabić schodziłem od drzewa do drzewa, jakbym puścił się tam wolno, to nic by ze mnie nie zostało.
Na drodze pełno powalonych drzew, mięśnie czworogłowe zaskakująco dobrze pracowały, nie puszczały, były w najlepszej formie, gorzej z palcami, na których cały czas się opierałem, które już pewnie krwawiły.
Ciężko było dostrzec znaczniki, nieraz zatrzymywał się, czy czasem nie zszedłem z trasy, ale na numerze startowym miałem wyznaczone kolory szlaku, wiedziałem, że muszę poruszać się czarnym szlakiem i tak do samej mety.
Zejście było najgorszym przeżyciem, mniejsza z podejściem pod Szczebel, ale zejście z niego wymagało nie lada umiejętności, nie wiem jak robili to pierwsi zawodnicy na trasie, ale jak pisałem wcześniej to same harpagany, dziki, kuny, ludzie niezniszczalni.
Przy końcówce zejścia trasa zrobiła się w miarę do biegu, można było już swobodnie zabiegać, przekroczyłem strumyk i wdrapałem się na jezdnię.
Szczebel to już historia, zrobiłem to, cieszę się, wkraczam na asfalt i tutaj stopy odczuwam tak, że chce zdjąć buty i lecieć na boso, ból osiągnął taki punkt, że co chwilę muszę się zatrzymać i przejść do marszu, w tym czasie wyprzedza mnie jeden zawodnik, motywuje mnie do tego, żebym z nim biegł, ale ja mówię, że mam duże problemy ze stopami i niech nie zawraca sobie mną głowy i leci przed siebie, ja i tak nie poddam się przed metą.
1,5 kilometra prostej płaskiej drogi i zakręt w prawo i podejście pod bazę Lubogoszcz, ostatnie dwa kilometry trasy, kije idą w ruch, już się nie zatrzymuję, słychać stukot grotów wbijanych w podłoże przeze mnie, ludzie po drodze dodają otuchy, zmęczenie na mojej twarzy jest bardzo widoczne, na chwilę zapominam o bólu i idę dalej.
Z lewej strony wybiegają zawodnicy, którzy biegli na dystansie 30 kilometrów, na rozwidleniu kibice, mówią do mnie, żebym się uśmiechnął, w odpowiedzi skoczyłem z radości unosząc kije ponad głowę, zaczęli mi klaskać, ja zacząłem już bieg, bo teren się wypłaszczył, a meta była już w zasięgu wzroku, biegnę z bólem na twarzy, przekraczam metę, pojawia się uśmiech, a z każdym krokiem za metą ból.

META:
Po sześciu i pół godzinie przekroczyłem metę, ale zakładałem sobie taki czas, mówiłem na początku, że biegnę pomiędzy 6g:30m a 7g:00m, więc plan zrealizowany, wiem, byłoby lepiej, gdyby nie stopy.
Myślałem jednak, że zejdę poniżej sześciu godzin, ale nie udało się, niestety, jeszcze jestem za słaby na góry, jednak biegi w górach wymagają długiego treningu, mocnych przygotowań, a nie tylko schody mechaniczne (chociaż przez nie, nie czułem zmęczenia mięśniowego).
Za linią mety otrzymałem medal, który można zawiesić na szyi oraz na lodówce, bo ma w sobie magnes.
Dostałem także piwo oraz czapkę/opaskę finiszera.
A ten maluch na zdjęciu to przyszły ultras, więc za kilkanaście lat uważajcie na Stasia, bo Was pozamiata na trasie :-)
W jadalni zaserwowano zupę pomidorową, ale poszedłem po nią dopiero po kilku minutach, kiedy doszedłem do siebie, kiedy dołek puścił, cały czas miałem łzy w oczach z powodu słabego wyniku, jednak liczyłem na coś więcej.

PODSUMOWUJĄC:
Przede wszystkim chciałbym podziękować wszystkim wolontariuszom na trasie i na punktach, odwaliliście kawał dobrej roboty, na szczególne wyrazy podziękowania zasługują ludzie (nie wiem kto to był) stojący na szczycie Szczebla, jejku ile wysiłku to Was musiało kosztować, wdrapać się tam ze sprzętem siedzieć przez dobrych kilka godzin i zrobić nam tak miłą niespodziankę, a potem jeszcze zejść o ciemku, wow, po prostu wow.
Bieg bardzo dobrze zorganizowany, świetna, trudna trasa, polecam każdemu kto chce się sponiewierać.
Gratuluje całej mojej drużynie, wszystkim którzy startowali od 10 km po 48 km, jesteście niesamowici, w nas jest moc, w przyszłym roku wrócimy silniejsi.
Po powrocie do pensjonatu, kiedy zdjąłem buty zobaczyłem, że skarpetki są zakrwawione, tak myślałem, stopy miałem poobcierane, ale czego to wina?
Chyba tylko moja, nie rozbiegałem porządnie butów, założyłem skarpetki, których wcześniej na zawodach nie używałem, jedynie na jednym treningu.
Chociaż stopy miałem posmarowane sudokremem i linomagiem, to niestety stało się jak stało, ultra błędów nie wybacza i trzeba bujać się z tym do samej mety.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Test zegarka XIAOMI AMAZFIT PACE

10 POZNAŃ PÓŁMARATON

Ból w pachwinie