CHOJNIK MARATON - SIEDEMDZIESIĄT Z HAKIEM


CHOJNIK MARATON - SIEDEMDZIESIĄT Z HAKIEM

Siemanko.
Już kilka dni minęło od mojego najtrudniejszego startu w życiu.
Chojnik Maraton - Siedemdziesiąt z hakiem, czyli (podobno) najtrudniejszy technicznie bieg w Polsce.
71 kilometrów i ponad 3600 metrów w pionie.
Twardy teren, na trasie prawie same skały.
Zeskoki ze skał takie, że kolana i czwórki wołały o przerwanie tej męki.
Do Jeleniej Góry ruszyłem w piątek, pociągiem Kamieńczyk o godzinie 6:40.
Na szczęście na ten długi weekend Przewozy Regionalne zrobiły świetną promocję na bilety i przez 5 dni można było jeździć na jednym bilecie po całej Polsce za jedyne 39 zł.
W pociągu było czysto i przyjemnie, a podróż minęła szybko.
Po ponad pięciu godzinach znalazłem się w Jeleniej Górze - Sobieszów.
Na miejscu w pierwszej kolejności udałem się do pizzerii Colosseum.
Tam wprost do mojego żołądka trafiła solidna porcja spaghetti oraz pizza cztery sery.
Następnie czekała mnie trzykilometrowa droga do Karkonoskiego Domku, w którym miałem wynajęty pokój.
Idąc pod górkę, pod górkę i jeszcze raz pod górkę, pomyślałem sobie, że właśnie robię solidny trening podejścia.
Na plecach miałem około 10 kilogramową torbę, a w ręku kolejną o podobnej wadze.
Tak, tak na dwa dni pakuję się jakbym wyjeżdżał na tydzień, ale wolę brać więcej, niż miałoby mi czegoś zabraknąć.
Idąc pod górkę zauważyli mnie inni zawodnicy startujący na tym samym dystansie co ja i podrzucili mnie pod sam domek, za co im bardzo dziękuję.
W domku zacząłem rozpakowanie i szykowanie na start.
Plecak Grivel, bukłak z 1,5 litra wody, dwa softflaski po 330 ml z hipotonikiem Named, 2 żele Huma, 3 shoty magnezu, moje ulubione batoniki naturalne Willow, folia NRC, okulary przeciwsłoneczne, czapeczka z daszkiem, czołówka, kije i kurtka przeciwdeszczowa.
Taki plecak ważył około 3 kilogramów.
Obawiałem się tego ciężaru pomimo tego, że treningi, które wykonywałem odbywały się z obciążeniem.
Około godziny 15:30 wyszedłem z domku i ruszyłem do Sobieszowa po odbiór pakietu startowego.
Idąc w dół, kolejny raz miałem szczęście.
Zostałem ponownie podwieziony przez zawodników, którzy podrzucili mnie wcześniej.
Na miejscu była już ustawiona kolejka, a raczej cztery kolejki (do poszczególnych dystansów).
Chwila czekania i pakiet był już mój.
A co w nim było?
Torba z pakietem, w torbie skarpetki, mapa trasy, batonik, chusta, pocztówka, czasopismo i ulotki.
Patrząc na góry obawiałem się jutrzejszego startu. Padało i widać było szalejące pioruny.
Spotkałem także znajomych, Mikołaja i Rafała, którzy startowali na ponad 100km.
Spotkałem również szalonych znajomych z Night Runners.
Zamieniliśmy kilka zdań z Rafał i Mikim, a później odwieźli mnie do domku.
Na kolacje zjadłem owsiankę, banana i baton, a o godzinie dwudziestej poszedłem spać.
Zegarek ustawiłem na godzinę 2:30, a pół godziny później byłem już w drodze na start.
Szedłem w dół 3 kilometry, ale po kilkuset metrach zgarnął mnie do samochodu kolejny biegacz.
Zabrałem się z nim i po kilkunastu zdaniach i minutach byliśmy już na miejscu.
Do godziny zero została już tylko chwila.
Zawodnicy rozgrzewali się, ale musieliśmy zachować ciszę, obok w namiotach spali zawodnicy startujący o godzinie 9 i 10, czyli maraton i półmaraton.
Kiedy wybiła godzina czwarta nasze nogi zaczęły truchtać.
Ustawiony byłem gdzieś w 3/4 stawki, biegłem swoim tempem.
Drogą asfaltową biegliśmy przez około 300 metrów, potem zakręt w lewo i już zaczął się pierwszy podbieg.
Światła czołówek rozświetliły leśną ścieżkę.
Wszyscy zwarci, gotowi i w pełni energii (jeszcze), na plecach plecaki, a w rękach rozłożone kije.
Pierwsze 2,25km to podejście 180 metrów w górę.
Na górze mogłem chwilę odpocząć; kolejne 400m to płaski teren.
Następnie do trzeciego kilometra zbiegałem około 36 metrów.
Przed trzecim kilometrem znów podejście ponad 700 metrów i 62 metry pod górę. Czułem się świetnie mimo, że powietrze było ciężkie.
Było duszno, a pot oblewał moje ciało, jednak podjąłem dobrą decyzję, żeby zdjąć przed startem długi rękaw.
Od 3,5km-5,5km było na tyle płasko, że można było biec. Trzeba było uważać na korzenie i nierówny teren.
Na połowie piątego kilometra zaczęło się długie podejście, około 560 metrów pod górkę na odległości około 5 kilometrów.
Na 9,5 kilometra mijałem Bażynowe Skały, a pół kilometra później byłem już na pierwszym punkcie odżywczym pod Petrovą Boudą. Stała tam Załoga Górska. Mariusz pomógł napełnić softflaski i dał kopa w zadek na szczęście.
Biegłem w stronę Spindlerovej Boudy.
Kop dał mocy, tempo wzrosło.
Prawie kilometr dalej byłem już na kolejnym podejściu - Odrodzenie.
Kierowałem się Głównym Szlakiem Sudeckim w stronę Małego Szyszaka.
W 3 kilometry zrobiłem około 215 metrów w pionie, wchodziło się całkiem przyjemnie.
Na 16 kilometrze byłem już na Słoneczniku.
Pamiętam ten odcinek trasy, kiedy byłem na obozie zimowym. Warunki wtedy były bardzo ciężkie.
Teraz to co innego, ze spokojem można było sobie podchodzić.
Ze Słonecznika był już zbieg na dystansie około 2,5 kilometra i 340 metrów w dół.
Płaskiego terenu było jak na lekarstwo, wszędzie tylko skałki i skałki, wąskie ścieżki, na których trzeba się skupić.
Dziwiłem się, że niektórzy biegacze mieli słuchawki w uszach; ja przy muzyce miałbym zerowe skupienie i na pewno wywinąłbym orła.
Co jakiś czas potykałem się o wystające głazy, starałem się jednak utrzymać pion.
Nad Mały Staw przy Samotni trzeba było znów się wdrapać, tym razem o 180 metrów wyżej.
Następnie był mocny długi zbieg do samego Karpacza, a na 24-25 kilometrze wkroczyłem na ulicę i minąłem tabliczkę oznajmiającą, że jestem właśnie w Karpaczu.
Od 26 do 31 kilometra było mocne podejście.
Na 27 kilometrze znajdował się kolejny punkt odżywczy.
Na nim zatrzymałem się na dłużej.
Uzupełniłem wodą bukłak, zjadłem pół banana i kilka kawałków arbuza (oj, jaki on był dobry).
Mógłbym tam zostać i jeść w nieskończoność.
Wolontariuszka zaproponowała mi owsiankę, ale nigdy wcześniej w biegu jej nie jadłem, więc podziękowałem.
Przekroczyłem punkt pomiaru czasu i znów wdrapywałem się na górę.
Podejście kotłem Łomniczki, a przy wodospadzie, metalowym pomostku na chwilkę się zatrzymałem, zatrzymałem się po to, aby w lodowatej wodzie zanurzyć twarz, obmyć się z potu, napełnić softflaski i szurać dalej do pod górkę.
Szedłem w stronę Śnieżki. Na szczycie, na około 31 kilometrze przekroczyłem granicę z Czechami.
Przez następne 3 kilometry po podejściu był zbieg i same skałki.
Czwórki i kolana zaczęły już odczuwać uderzenia, ale nie na tyle, aby było źle.
Jak na ten etap trasy, było świetnie.
Kolejne podejście, tym razem około 435 metrów przez 4 kilometry.
Ręce i kije pracowały na najwyższych obrotach.
Nie czułem bólu łokci, ale to pewnie dlatego, że już nauczyłem się podchodzić z kijami.
Pogoda była idealna, zachmurzenie pełne, lekki, chłodny, orzeźwiający wiaterek.
Na 42 kilometrze byłem na kolejnym punkcie odżywczym, obsługiwała go ekipa Ultra Kotliny.
Zjadłem zupę pomidorową, żurawinę, żel i magnez.
Oczywiście nie mogłem sobie odmówić arbuza, którego momentalnie pochłonąłem.
Kilka minut później znów byłem na trasie. Asfalt, podejście, 4 kilometry i około 590 metrów w pionie.
Towarzyszył mi jeden z biegaczy i tak sobie rozmawialiśmy.
Czas mijał, bólu nie czułem - rozmowa jednak dużo daje.
Płynący obok strumyk ugasił pragnienie, a lodowata woda świetnie zadziałała. Widziałem, że każdy zawodnik uzupełniał wodę w tym miejscu.
Od połowy 48 kilometra do 52 kilometra leciałem w dół.
Zbiegi po szlaku, gdzie zaczynało robić się gęsto od turystów jest zawsze trudne. Turyści byli jednak na tyle zorganizowani, że za każdym razem zostawili nam drogę pierwszeństwa, klaskali, kibicowali.
Ponad 400 metrów w dół, uskoki na skałach były zróżnicowane.
Raz zeskakiwało się tylko z 20 cm raz z 50 cm, tutaj kolana już odczuwały uderzenia.
Mijając kolejny strumyk postanowiłem chwilę odpocząć i schłodzić się w lodowatej wodzie.
Zmoczyłem kompresy na udach i łydkach.
Poczułem mega orzeźwienie, jakbym dostał dodatkowej mocy. Czułem się wyśmienicie.
Do Polski wróciłem w połowie 55 kilometra.
Było to kolejne podejście, na 5,5 kilometra około 260 metrów w pionie.
Od 57-62 kilometra było zbieganie - aż 640 metrów w dół szybkich zbiegów. Najpierw jednak był punkt odżywczy.
Ponownie witała mnie Załoga Górska. Napełniłem softflaski wodą, zjadłem arbuzy i poleciałem w dół.
Zacząłem mijać zawodników z półmaratonu, zmęczeni podejściem kibicowali nam mimo zmęczenia.
Gdzieś przed 60 kilometrem zgubiłem czujnik tętna MiBand, kiedy wycierałem pot z czoła, ale wróciłem się kilka metrów pod górkę i szukałem dzielnie, odnalazłem skurczybyka.
Na 61 kilometrze kolejny, już ostatni punkt odżywczy, a największą radość sprawiły mi oczywiście arbuzy.
Na chwilkę wypłaszczyło się...nagle straciłem czujność i wywinąłem orła. Poleciałem na kolana, kije wyrzuciłem na bok.
Myślałem, że nic się nie stało, ale po chwili zauważyłem krew.
Nie czując bólu ruszyłem w dalszą drogę.
Od 65 do połowy 67 kilometra zbiegałem szybko, byle do mety.
Niestety nie nacieszyłem się tym, że zbieg będzie do samego końca.
Czekało mnie jeszcze podejście pod Zamek Chojnik.
100 metrów w pionie, każdy to odczuł, turyści za to mocno kibicowali. Uśmiech z twarzy znikł, bo nie spodziewałem się jeszcze takiego sponiewierania na końcówce.
W oddali słychać było konferansjera z mety.
Został już tylko zbieg, mocny, po skałkach, po schodach i drodze kamiennej - około 240 metrów w dół.
Miałem łzy w oczach, kiedy uświadomiłem sobie, że to już koniec, że za chwilę medal będzie wisiał na mojej szyi.
Biegłem przed siebie, biegłem jak tylko mogłem, byle nikt mnie nie wyprzedził. Ludzie kibicowali, a to dodawało sił.
Jeszcze tylko jedna prosta asfaltowa, zakręt w lewo i zaraz w prawo, jeszcze sto metrów...meta.
CZAS: 9 godzin 39 minut !!!
Dostałem wspaniały medal, zjadłem arbuzy, poinformowałem ukochaną o tym, że żyje.
Podczas, gdy lekarz opatrywał moje rany, zdałem jej  relację i usłyszałem, jak bardzo jest ze mnie dumna.
Widziałem osoby, które nie utrzymały równowagi na skałach.
Wyglądało to strasznie, skóra zdarta, zadrapania, twarz we krwi, Chojnik sponiewierał niesamowicie, jednak za rok tu wrócę.
Dziękuję wszystkim, którzy trzymali za mnie kciuki.
Dziękuję organizatorom za świetnie zorganizowaną imprezę.
Dziękuję wolontariuszom - jesteście niesamowici.
Dziękuję turystom, którzy schodzili z trasy, kiedy widzieli zawodników i kibicowali z całych sił.
Dziękuję ludziom, których poznałem i wszystkim innym, którzy przyczynili się do genialnej atmosfery.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Test zegarka XIAOMI AMAZFIT PACE

WINTER ULTRA TRAIL MAŁOPOLSKA 2017

Ból w pachwinie